18 lipca 2015

Anioły chodzą piechotą.


Dla wszystkich wtajemniczonych w windy, stoły i balkony.
Unikajcie swetrów jak ognia.
Kocham Was i wasze brudne myśli.

Kiedy byłam mała, wierzyłam w szczęśliwe zakończenia.
Ujęta słodkimi jak landrynki uśmiechami księżniczek Disneya i walecznością księcia, trwałam w przekonaniu, że i po mnie przyjedzie kiedyś karoca ze złota, miłością mojego życia będzie niebiańsko przystojny (i bogaty) królewicz, a życie ogólnie nie przyniesie mi żadnych problemów, poza smokami i możliwością zatrucia się jabłkiem (Królewna Śnieżka potrafi porządnie namieszać dziecku w głowie – do dzisiaj nie tknęłam żadnego jabłka).
Fajne czasy. Jedynym twoim zmartwieniem jest przegapiona dobranocka, tudzież złamana noga lalki Barbie. Chętnie cofnęłabym się o parę lat wstecz, dorosłość nie jest niczym fascynującym – ludzie gonią za nią jak popieprzeni, chcąc mieć życie w garści, a okazuje się, że to życie ma w garści ich.
Siostry (wszystkie cztery) śmiały się z koślawych podobizn księżniczek, na które zmarnowałam dziesięć opakowań kredek Bambino i poobklejałam nimi wszystkie ściany, nie zostawiając nawet skrawka wolnej przestrzeni. Najbardziej lubiłam Ariel – może to dziwne, ale dla siedmioletniej dziewczynki nie ma nic cudowniejszego od syrenki, która nigdy nie przestaje mówić, bo nawet pod wodą buzia jej się nie zamyka. Poza tym ona też miała rude włosy, co tylko potęgowało mój zachwyt.
Myślę, że każdy człowiek przeżył dzień, o którym może powiedzieć „wtedy wszystko się zmieniło”. Moje „wszystko” legło w drugiej połowie grudnia, kiedy to codziennie pisałam listy do Mikołaja, błagając go o mówiące, płaczące, śpiewające i Bóg Wie Jeszcze Jakie lalki. Wtedy jeszcze nie pomyślałam, że dobrym pomysłem byłoby dopisanie szczęścia do listy gwiazdkowych prezentów. Zapomniałam o nie poprosić. Szkoda. Gdybym wiedziała, że mamy go za mało…
Tamtej nocy mama i tata zaczęli się kłócić.
Tamtej nocy tata zdjął płaszcz z wieszaka i trzasnął drzwiami.
Tamtej nocy mama miała policzki mokre od łez.
Tamtej nocy mama powiedziała, że od teraz będziemy musiały – ona, ja i cztery siostry - radzić sobie same.
Tamtej nocy podarłam wszystkie rysunki, a lalki schowałam do pustego pudełka po butach. Powyciągałam zdjęcia z ramek, wyrzuciłam kasety z baśniami do kosza na śmieci, kolorowe książki o księżniczkach poupychałam na dnie szafy.
Wtedy stwierdziłam, że bajki rzeczywiście są tylko bajkami. Nie ma zamku. Nie ma karocy. Nie ma księżniczki. Nie ma księcia. Nie ma miłości.
Kiedy byłam mała, przestałam wierzyć w szczęśliwe zakończenia.

**


Candelaria Molfese jest odrażającą osobą. Jej końskie zęby mnie przerażają, a uśmiech odrzuca na dziesięć kilometrów. Kiedy ją widzę, mam ochotę wysłać sms o treści pomagam, a jej twarz aż sama prosi się o porządny strzał z łopaty. Ma krzywe nogi. Strasznie krzywe. Niemożliwie bardzo krzywe. I brzydkie włosy. Jest ruda – to wiele wyjaśnia. Ubiera się gorzej, niż moja babcia do kościoła. Ten jej płaszczyk z piórkami woła o pomstę do Nieba. Nim założyła go na swoje kościste ramiona, musiała stoczyć krwawy pojedynek ze strusiem. Biedna ptaszyna. Nie dość, że martwa, to jeszcze pióra poszły na mało szczytny cel i teraz Ruda pokazuje się w nich publicznie. Tego się nie robi strusiom. Buty też nosi okropne – mam nadzieję, że któregoś dnia wywali się na tych dwudziestu centymetrach bezguścia i zaryje głową prosto w chodnik. Podobno z jej twarzą gorzej już być nie może, ale kto wie. Przy odrobinie szczęścia, doświadczy niemiłego urazu, a wtedy jej udział w trasie stanie pod znakiem zapytania. Właściwie, to nie, wyrzucą ją od razu. Od zawsze straszyła dzieci, teraz będzie je wręcz mordować. Podziwiam osoby, które są w stanie patrzeć na nią dłużej niż dwie sekundy. Wspominałem już, że wygląda jak koń?
Pozdrawiam serdecznie panią Candelarię i mam nadzieję, że następnym razem zobaczę ją w stajni. Powiadają bowiem, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.


Podobno w chwilach takich jak ta należy policzyć do dziesięciu.
Jeden.
Dwa.
Trzy.
Pięć.
Osiem.
Dziesięć i zaraz wybuchnie.
Trzaska klapą laptopa, nie przejmując się tym, że pewnego dnia wyleci z zawiasów i pozbawi ją zajęć na resztę życia (ktoś powinien tu wspomnieć, że jej codzienność ogranicza się do przeglądania profili starych znajomych z liceum i usuwania lajków, jakimi kiedyś raczyła obdarzyć ich zdjęcia, ale nie wspomni, bo wyszłaby na wyrzutka społecznego). W tej chwili, liczyło się tylko opakowanie różowo-błękitnych pianek i upajający smak kawy z mikrofali – mimo międzynarodowej sławy, nie stać ich było na większe luksusy. Hotel okazał się być dziurą bez przyzwoitej kuchni i czystych pryszniców. Nie wspominając już o znalezionych w odpływie umywalki zużytych patyczków do uszów. Przed nimi byli tu chyba zakwaterowani laureaci konkursu na „Miss Kontener”.
W niedzielne popołudnia nie ma dla człowieka lepszego zajęcia, niż umieranie pod kołdrą i oglądanie na youtubie psów mówiących „mama” (Facu jej to kiedyś pokazał). No, chyba, że posiada się wynalazek zwany „drugą połówką” i czas marnowany na łkanie w pościel, można przeznaczyć na milion kiczowatych słówek, którymi z niewiadomych przyczyn były przesycone wszystkie komedie romantyczne – nigdy ich nie rozumiała. Jej zdaniem, film o miłości powinien pokazywać prawdę. A prawda nie równoważy się z bad boyem w skórzanej kurtce, który rzuca narkotyki dla jakiejś wyperfumowanej dziuni z niską samooceną (obowiązkowo z dobrego domu i pokaźną ilością cyferek na koncie), a na samym końcu całują się nad brzegiem morza. Najczęściej o zachodzie słońca. Dlatego piękno miłości jest obłudne, bo chcemy doświadczyć tego, co pokazują nam filmy, nie prawdy.
            No więc jeśli kiedykolwiek istniało coś takiego jak miłość, ludzie to zniszczyli.
-Pod wanną leży nieżywy szczur. Błagam, jedźmy już stąd.
            W Facu było coś irytującego, co zawsze wychwytywali inni, a jej nie przeszkadzało. Często ją wkurzał. Może właśnie dlatego, szybko znaleźli wspólny język. O ile po drodze złożonej z wzajemnych dogryzek dotarli do etapu pięknej przyjaźni, o tyle nie zamierzali ruszyć już dalej i zrealizować scenariusze bardziej zamajaczonych fanów, którzy stawiali ich na ślubnym kobiercu. Prędzej zmieniłaby orientację, niż została żoną Facu.
-Smaczny był?
-Bardzo śmieszne.
-Poważnie. Myślę, że w smaku dorównuje tym królewskim daniom, którymi nas tu zaszczycają. Ba, nawet jest lepszy.
-Jesteś obrzydliwa.
-Ten świat jest obrzydliwy. Ludzie są obrzydliwi. A dla ciebie największym problemem jest szczur pod wanną.
            Klapnął obok niej, nie zważając na jej aktualne humorki i chęć zepchnięcia kogoś z mostu. Rozumiał ją, czego sama od siebie uzyskać nie potrafiła. Niedawno wytknięto jej, że zachowuje się jak kobieta w ciąży. To by nawet się zgadzało. Z tym, że ostatnią największą (i jedyną) przygodę erotyczną swojego życia przeżyła z szarlotką mamy. Z żalem odsunęła od siebie wizję rodzicielki, skazując się na dalszą mękę przed rozwrzeszczanym tłumem. To nie tak, że tego nie lubiła. Przeciwnie, fani na koncertach dawali z siebie wszystko i mimo dużego już przyzwyczajenia, wciąż odczuwała minimalny podziw. Lubiła ich. Ale jej samej czegoś brakowało i za każdym razem, kiedy wchodziła na scenę, wydawała się sobie przeraźliwie pusta. Nawet mięśnie mimiczne odmawiały jej współpracy.
            Trudno jest zakochać się w dwudziestym pierwszym wieku, kiedy miłość jest już tylko i wyłącznie słowem.
-Co tam?
            Nienawidzi tego pytania. Jakby ktoś rzeczywiście chciał wiedzieć, że jej życie to jedna wielka porażka i najchętniej wszystkich posłałaby do diabła.
W ogóle wszystkich nienawidzi.
-Nie wiem, czego ludzie ode mnie chcą.
-Znowu hejty?
-E tam, znowu. Zaledwie trzydziesty raz. I nie mów „hejty”, nie lubię tego słowa. Wolę „negatywne opinie”.
-Przesadzasz. Na pewno nie jest tak źle.
-Uwierz, jest o wiele gorzej niż wtedy, gdy codziennie dostawałam wiadomości o tym, że Alba ma większe cycki. – Facu właśnie udławił się powietrzem, a ona grzecznie przeczekała atak chichotu, charczenia i innych dziwnych dźwięków. – Nie rozumiem, czemu cię to bawi.
-Bo to prawda.
-Zauważ, że tylko ciebie rozwalają żałosne wpisy twoich psychicznych fanek. Wybacz, twoich i Alby. Chociaż ona udaje, że ich nie widzi.
-Rozwalają, bo przecież nas nic nie łączy.
-Możesz mi wmawiać, ale drzwi to się domyka.
-… ile widziałaś?
-Powinieneś mnie raczej zapytać, ile słyszałam.
-No co? Miała urodziny, a jej chłopak nie przyjechał. Musiałem…
-Tłumacz się Albie. Jeśli tylko zdążyła wytrzeźwieć – mruknęła, wrzucając do ust kolejną piankę. – Na twoim miejscu, zaopatrzyłabym się w obrączki i księdza. Alba jest tradycjonalistką, wiesz, jedna noc ciągnie za sobą ślub, dzieci… Mam nadzieję, że zabezpieczasz się czymś skuteczniejszym, niż Apapem.
-Nienawidzę cię. Jesteś okropna. I masz brudne myśli.
-Powiedział wzorowy przyjaciel-gwałciciel.
-Jaki gwałciciel, żaden gwałt nie miał tam miejsca. Ona wyraziła na to zgodę!
-Z tyloma promilami we krwi, nawet Jorge by się przed tobą rozebrał.
-Ona wcale się przede mną nie rozebrała!
-No to ty ją.
-… to nie ma nic do rzeczy!
            Aż się zarumienił. Nawet on ma ciekawsze życie niż ona – a przecież wygląda sto razy gorzej i myśli tyle, ile Tinka w swojej książce. Nie żeby coś, bardzo ją lubiła, ale niektóre osoby powinny poprzestać na wdzięczeniu się do kamery, póki mają hollywoodzki uśmiech i nieskazitelną twarz bez ani jednej zmarszczki.
-Nienawidzę cię.
-Mówiłeś. Ostatnio cały świat mnie nienawidzi.
-Cały świat to trochę za dużo. – Mruka, nie odrywając wzroku od sufitu. Jak widać, nie zamierza spojrzeć żadnej kobiecie w oczy przez najbliższe dziesięć lat (włączając w to jego matkę, której obiecał synową i wnuka zaraz po zakończeniu trasy, ale póki co poprzestał na etapie tulenia się do pluszowego zająca i jakoś nie palił się do padania przed kimkolwiek na kolana).
-Bardzo nabroiłeś?
-Obawiam się, że wywołałem chaos, ale równie dobrze Alba może puścić ten incydent w niepamięć i jakoś wszystko się ułoży.
            Jakoś się ułoży.
            Drogi człowieku: jeśli chcesz, żeby „jakoś się ułożyło” pod żadnym pozorem nie poprzestań na tych szatańskich słowach, tylko zacznij coś robić, bo cuda zdarzają się raz na ruski rok.


Nie zrobił nic złego.
Pocieszenie koleżanki/przyjaciółki/czy kim tam ona dla niego jest, to nie grzech. Pomijając formę, postąpił bardzo honorowo. Łzy kobiece rzeczywiście mają coś w sobie. Zwykle tak bardzo go nie wzruszały (generalnie nie miały jak – jedyną płaczącą przy nim kobietą była jego mama podczas pierwszego września, kiedy napluł na buty dyrektora i pokazał środkowy palec całej radzie rodziców – założył się z kolegami, nieważne), ale to nie były byle czyje łzy. Tylko Alby.
Wtedy odkrył, że płacz wcale nie jest atrakcyjny, a sceny rozpaczy na filmach to zaledwie marna podróba rzeczywistości. Wyglądała okropnie. Tusz żałośnie skapywał jej z brody, cień do powiek spływał po policzkach i mieszał się z łzami. W dodatku się osmarkała, a nie miał żadnej chusteczki. A on zamiast się wzdrygać, wziął ją w ramiona i pomyślał, że jest najpiękniejsza na świecie. Mimo, że wyglądała gorzej, niż Fiona po transformacji w ogra.
Są ludzie, których oddech wywołuje dreszcze na naszej skórze, a jego ciepło rozlewa się na całą szerokość karku. Dotyk idealnie zapełnia przestrzeń między palcami. Są też ludzie „na chwilę”, których obecność nie tyle paraliżuje, co oddala troski w zapomnienie i rozciąga kąciki ust. Na moment. Zawsze kwalifikował Albę do tej drugiej grupy. Nie pamiętał momentu, kiedy postanowił zaryzykować. On albo jego drugie „ja”, schowane za duszą, zazwyczaj milczące i bezradne. W pewnej chwili zrobiło się nieswojo, gdy łza zakręciła jej się na rzęsie, a jemu serce zabiło trochę za mocno. Ale to było parę minut. Może godzina. Nie wiedział. Nawet nie liczył.
W pierwszej grupie nie było nikogo.
-Szukałam cię.
Tylko nie to.
Nie chciał, żeby ktoś go szukał. Nie chciał trzymać czyjegoś serca na spuście i łowić te smutne, proszące spojrzenia. Nie chciał duszy, o którą nie prosił.
Czego właściwie szukała? Jego, czy tego beznadziejnego uczucia, które było wytworem chwil i wyobraźni? Nie jego, rzecz jasna.
-Teraz nie będziesz się odzywał?
-Nie. Dlaczego? – Nabiera powietrza w płuca i powoli je wypuszcza. Alba patrzy na niego, jak na idiotę.
Może lepiej udawać, że nic się nie stało i wszystko samo się rozwiąże? Uśmiecha się najszczerzej jak potrafi (musi wyglądać teraz jak Bear Grylls świeżo po śniadaniu) i spogląda w oczy. Zaraz się odwraca. Nie potrafi. Nie teraz.
-Chciałam ci podziękować. Nie dałabym rady sama.
-Zawsze do usług.
Jakich usług, idioto? Teraz pewnie wzięła cię za męską prostytutkę.
Słowa uciekają mu z ust, zanim zdąży je do końca wymyślić. Jeszcze jeden oddech. Powie jej, że nic nie wie.
-Tylko nie do końca wiem, o co ci chodzi.
Jasne, że wie. Wie aż za dobrze. Skóra wciąż pali go tam, gdzie były jej dłonie. Ale przecież jej tego nie powie.
-No… o wczoraj.
Wczoraj. Czemu wczoraj zawsze zostawia ślad w „dzisiaj”? Cokolwiek zrobi, przeszłość już czeka za drzwiami.
-Czyli nic nie pamiętasz?
-Nic.
-Nic?
-Nic.
-Nic.
-Nic.
-Nic.
-No dobra. Może jednak coś.
-Coś?
-Coś.
-Coś.
-Jesteś żałosny.
-Dlaczego?
-Dlatego.
I odchodzi, po drodze z dziesięć razy trzaskając drzwiami.
Kobiety to zdecydowanie córki szatana.


Jedyne co mam to złudzenia,
Że mogę mieć własne pragnienia.
Jedyne co mam, to złudzenia,
Że mogę je mieć.


Drogi Facu!
Masz straszne imię, serio. Jestem pewna, że już kiedyś ci o tym mówiłam.
Chciałam tylko powiedzieć, że jesteś idiotą, baranem, pacanem, dziwakiem, głupkiem, głąbem, palantem, frajerem, ważniakiem, kretynem, wariatem, egoistą.
Skreśliłam. Nie wiem do końca po co, skoro i tak tego nie wyślę.
Nienawidzę cię (pewnie dlatego, że cię kocham, ale o tym później).
Gdybym mogła, pewnie udusiłabym cię już dawno temu. Powstrzymuje się, bo – mówię to z wielkim bólem serca – kocham cię w najbardziej żałosny sposób i chętnie zamieniłabym się z kimś, kto kochać nie musi. Nie tak.
Kiedy zakochujesz się bez wzajemności, wyrastają ci skrzydła, które nie potrafią latać. Taka miłość to dar, niczym biblia dla ateisty. Zbędna, niepotrzebna, męcząca – wcale nie piękna, skoro to ja kocham za dwie osoby, a ten JakMuTam (to o tobie, jakbyś nie wiedział) nawet nie pomyśli, że komuś może zależeć na nim trochę bardziej.
Człowiek nie umie wypędzić z serca miłości. Pewnie: może krzyczeć, płakać, tupać nogą ze złości, ale ta i tak nie posłucha i ze stoickim spokojem będzie zatruwać nam każdy dzień czyimiś oczami, które nawet nie chcą na nas patrzeć. Szczerze mówiąc, mam już tego dosyć.
Ciebie też mam dosyć, ale kocham cię zbyt mocno, żeby cię zabić.
Chociaż ciebie i tak to nie obchodzi.



            Facu chyba znowu się na coś obraził, bo zamknął się w pokoju i ani myślał pokazać się ludziom. Dla odmiany Alba cały dzień była na nogach, odpowiadała na pytania uprzejmym uśmiechem, ale wystarczyła mała wzmianka o jej pseudoprzyjacielu i już uciekła do siebie.
            A zresztą, co ją to obchodzi. Uważała, że ludzie powinni rozwiązywać swoje problemy w pojedynkę, tudzież z tymi, którzy też byli na polu bitwy. Zbyt wiele osób wtykało nos tam, gdzie powinno im się go uciąć. A co ich obchodzą czyjeś problemy? Chwilowa sensacja, wyjątkowo wyostrzająca zmysły, tępiąca dyskretność, wszechobecna na języku. A zostaje po niej zaledwie garstka wspomnień i wycinków z pamięci, których nikt o zdrowych zmysłach nie będzie rozgrzebywał.
            Jako przyjaciółka mogła próbować wcisnąć Facu dobrą radę, którą i tak puściłby mimo uszu. Mogła również wcisnąć się pomiędzy tę dwójkę, gardzącą słowami, niebezpieczne uwielbiającą chwile słabości. Jakby bezsilność była dobrą wymówką na wszystko. Nasze życie to zbiorowisko wielu chwili słabości. Jeden moment potrafi mieć większy wpływ na przyszłość, niż starannie ustalony plan.
            Ale wracając, mało ją to obchodziło. Człowiek robi problem z niczego, a potem naiwnie czeka, aż świat rozwiąże go za niego. Dzieckiem przestała być już wieki temu, a czasy radości z byle czego wolała zachować za drzwiami wyobraźni. Z tego okresu zapamiętała tylko jedną rzecz: miłość jest problemem. Dlatego unikała jej jak ognia, licząc, że zaraza jej nie dopadnie.
-Siekiera, motyka, Cande włosy, murzyn pali papierosy…
-Rasista.
-No co? To pierwsze, co przyszło mi do głowy.
            Rugg kiwa jej głową na powitanie, nie odrywając się od rozwiązywania sudoku. Planuje zbyć to milczeniem, ale droga do lodówki niespodziewanie urywa się na miejscu obok niego.
-Ruggero…
-Zanim cokolwiek powiesz, wiedz, że nie ma tu internetu. Co za rudera, słowo daję. Jorge jest zajęty – o ile można tak nazwać wzdychanie do zdjęć Stephie – więc chwilowo muszę zaprzyjaźnić się z samotnością. To straszne, nie sądzisz? Jeszcze zostanę tobą.
-Nie masz innych przyjaciół? – Odgryza się, podążając za ruchem jego dłoni. – Tu będzie dwa. A obok cztery.
-Sam bym do tego doszedł. Po prostu w sudoku umieją grać tylko niedorozwoje towarzyskie. – Wpisuje w pustą kratkę zgrabne „2” i przez chwilę podziwia efekt. – A przyjaciół mam, tylko czasu im brakuje. O Jorge już wspominałem. Samu i Mechi wyszli na koncert jazzowy. Wspominałem już, że nienawidzę jazzu? Nie? To już wiesz. Diego już od trzech godzin wisi na telefonie i przemawia do Clari śmiesznie upojnym głosem – przynajmniej myślę, że do Clari, raczej nie ma żadnej kobietki na boku. Tini poszła z mamą na zakupy, a mi nie szczególnie uśmiecha się czas spędzony na przebieraniu w spódnicach. No więc umówiłem się do kina z Facu i Albą, ale kiedy spotkaliśmy się przy wyjściu, powstał drobny problem. Alba oświadczyła, że jeśli Facu idzie, to ona zostaje w hotelu, a Facu oświadczył, że jeśli Alba idzie, to on zostaje w hotelu. No to zostali oboje, a ja wyszedłem w połowie filmu, bo obrzucanie zakochanych par popcornem w pojedynkę nie było szczególnie fascynujące. A co u ciebie?
-Gardzę ludźmi.
-I prawidłowo. Co będzie pod czwórką?
-Jedynka.
            Ich kontakty ograniczały się do pozowania razem na ściankach i udawaniu, że choć trochę się lubią. Nasz świat składa się również z osób, które mijamy. Są tłem naszych gestów, ich spojrzenia zlewają się w jeden kolor i pozostają za niezgrabnym konturem naszego cienia. Rugg był jednym z nich. Co prawda swojego czasu trochę się w nim podkochiwała, jednak było to dawno i nie miało prawa bytu. Czasami wydało się, że czyta z jej twarzy, ale zawsze odsuwała go na drugi plan. Ilość rozmów między nimi można by policzyć na palcach jednej ręki. Tak więc nie przejmowała się jego obecnością, skrycie licząc, że on robi to samo.
            Ale teraz utkwił wzrok w jej spojrzeniu, stając jakby za prętami klatki orzechowych oczu. I czekał. Na słowo, gest, odruch – obojętnie. Ale niewątpliwie czekał. Musiałaby być bardzo zdesperowana, żeby zwrócić mu uwagę. Jeszcze powie coś, co zakuje jej dłonie w kajdany, a ona nie będzie umiała z gracją z tego wybrnąć. No więc milczała, również czekając.
-Myślisz czasem o mnie?
            Kto wie, jaki diabeł w nim siedzi. Drgnęła niespokojnie, przypominając sobie, że celem jej nocnej eskapady była lodówka, nie miejsce przed tym idiotą z głupią grzywką.
-W sensie, zastanawiasz się, jaki jestem?
-Chuchnij.
-Nic nie piłem. – Wywraca oczami, nie spuszczając z niej wzroku. Niech spróbuje COŚ powiedzieć, a własnoręcznie pozbędzie się tego chytrego uśmieszku. – Znamy się już trzy lata i… Nie, wróć. Trzy lata się mijamy. Nie wiedziałem, że tak się da, a tu proszę.
-Najwidoczniej…
-To myślisz?
Trudno powiedzieć.
Czasami jej oczy same zawracały, muskając wzrokiem rysy jego twarzy. Badały każdy skrawek opalonej skóry, kreśliły w powietrzu zarys jego sylwetki. Podziwiały go z oddali pod jej nieuwagę, bo będąc w pełni świadoma, zaganiała je gdzie indziej, zapominając o chwili słabości serca niezdolnego do kochania.
Poza tym się mijali. Bezsłownie, beznamiętnie, zwyczajnie.
Ale przecież mu tego nie powie.
-Znam cię. Nie muszę o tobie myśleć.
-To chyba się sprzecza, nie sądzisz? Człowiek potrafi godzinami zastanawiać się nad przechodniem miniętym na ulicy, a my mieszkamy pod jednym dachem. Nie da rady o sobie nie myśleć. Co o mnie wiesz? Jak mam na imię? Potrafisz określić zalążek mojego charakteru? To prawie nic, Cande.
-Musisz być dziś naprawdę samotny, skoro zainteresowałeś się życiem, cytuję, niedorozwoja towarzyskiego.
Jego dziecinność ją rozbrajała. Potrafił rozłożyć ją na czynniki pierwsze jednym zdaniem, które najczęściej nie było kierowane do niej. Zawsze stała za nim, od czasu do czasu podchwytując jego słowa, zapisując je w głowie z ścisłą dokładnością.
W porządku. Może nie do końca nie zwracała na niego uwagi, ale po co miała się nad tym rozczulać?
-To też prawda. Ale myślałem o tobie od zawsze, po prostu dopiero dzisiaj ci to mówię. Myślę, że cię znam, ale niewystarczająco. Gdybym odkrył każdy zakamarek twojego charakteru, pewnie dałbym ci spokój. A zobacz: wiem i chcę więcej.
Zwykła fascynacja nie może jej zgubić.
Zapierała się, że nie będzie kochać. I nie kocha, tylko nieświadomie marzy.
-To źle trafiłeś. Jestem tragicznie nudna, nie życzę ci ani jednego dnia więcej spędzonego ze mną. Diego zaraz skończą się darmowe minuty, możesz sobie iść.
-Skończyły się dwie godziny temu. Teraz rozmawia przez moją komórkę, więc już masz powód, dlaczego siedzę tu z tobą i wyznaję ci rzeczy, które w innym momencie nie przeszłyby mi przez gardło. A nudzę się do tego stopnia, że poznałaś siebie z ust kogoś innego. Mnie.
            Niemożliwe, żeby wyczytał z jej twarzy całą historię. Nawet ona sama tego nie potrafi. Stawała przed lustrem, próbując zdefiniować siebie, duszę zaszyfrowaną wzorem matematycznym, którego nie znała. Próby poznania siebie nadaremno spędzały jej sen z powiek, bo i tak przegrywała z samą sobą. Kompletnie nieokreślonym człowiekiem.
            Cud, że nie zaczęła jeszcze przygryzać wargi jak Anastasia z Iluś Tam Twarzy Greya. Osobiście stawiłaby się u psychiatry, gotowa na najbardziej zaawansowaną terapię. Ostatecznie zawsze mogła rzucić się pod pociąg. To też jakaś opcja.
-To co o mnie wiesz?
-Masz cztery siostry. Twoi rodzice są po rozwodzie, ale nigdy o tym nie mówisz. Najchętniej wymordowałabyś pół świata, bo ludzie cię denerwują i skutecznie przypisujesz sobie aspołeczność. Nienawidzisz herbaty, pijesz tylko kawę i to w hurtowych ilościach. Twój pies wabi się Mruczek – jak mniemam, to przez niespełnione marzenie o kocie, co bardzo pasuje mi do twojego wizerunku starej panny. Tak naprawdę dręczy cię myśl, że wpadniesz po uszy, a koniec nadejdzie równie szybko, jak u twoich rodziców.
-To wszystko bzdury – odpowiedziała, przerażona faktem, że wszystko jest prawdą.
-Serio?
-Serio.
-Idziemy na spacer?
-Zmieniasz temat. I nie, nigdzie z tobą nie pójdę.
-Przecież cię nie zgwałcę – wywrócił oczami. – Kupię ci pizzę. No chodź. Nie chcę mi się iść samemu, a nie za bardzo odpowiada mi wizja siedzenia w pokoju. Wiesz, Jorge łkający za jedną ścianą i Alba płacząca za drugą to za dużo jak na jeden wieczór.


Miałam siebie na własność,
Ktoś zabrał mi prywatność.
Co mam zrobić bez siebie, jak żyć?
Bez siebie, jak żyć?



            Są ludzie, z którymi mimo wszystko się zżywasz.
            Czasami nawet pamiętna cisza wchodzi pod imię sentymentu. Parę rozmów, wspólnie wypite kawy, mniejsze i większe wspomnienia. I to wystarczy. Mimowolnie wpisujesz człowieka do pamięci i co jakiś czas wracasz do niego myślami. Po prostu tam jest, niezauważony przechodzień, na którego czasami od niechcenia zwrócisz uwagę.
            Gorzej, jeśli kaw i rozmów jest więcej, a do wszystkiego dochodzą jeszcze gesty. Niby od niechcenia, przelotne muśnięcia dłoni, zbyt ścisły uchwyt ręki. Za długie spojrzenia. Wtedy sprawa jest poważniejsza, a pamięć nawet nie pyta się o twoją zgodę.
            A gdy się zakochujesz, wtedy z góry jesteś skazany na niezapomnianie. I masz ogólnie przerąbane.

Nie chciała zapomnieć, ale wiedziała, że powinna. Gdyby pamięć można było wykasować jednym kliknięciem, zapewne nie snułaby teraz marzeń o rzuceniu się z dwudziestego piętra lub chociaż z dywanu dla przyzwoitości. Nie łaziłaby z kąta w kąt, płacząc nad swym marnym losem i głupimi ambicjami o karierze aktorki, które zaprowadziły ją aż tutaj. Do niego. Mogła mniej wierzyć w siebie, może teraz stałaby na kasie w KFC i miała w nosie głupią telenowelę z jego udziałem. Nigdy by go nie spotkała, ani on nie spotkałby Alby. Chociaż znając jej szczęście, pewnie zawitałby kiedyś do lokalu i poprosił o duże frytki, a ona zatonęłaby w jego spojrzeniu. Pewnych rzeczy nie da się uniknąć. Miłość potrafi wsiąść do pięćdziesięciu autobusów, stu pociągów i trzystu samolotów, byleby tylko znaleźć do ciebie drogę. I znajdzie. Choćbyście byli na dwóch końcach świata, ona i tak sprawi, że któregoś dnia miniecie się na ulicy, a ockniecie przed ołtarzem.
            Czasami jednak miłość się gubi i dociera niekompletna. Wówczas ogłupia tylko twoje serce – to drugie pozostaje niewzruszone, beznamiętne pod każdym względem, głuche na jakiekolwiek gesty z twojej strony. Praktykowała to całe trzy lata i jakoś umiała z tym żyć, po cichu licząc, że miłość olśni i wróci również po jego duszę. Najwidoczniej zrobiła swoje i nie zamierzała odwiedzać ich ponownie.
Próbowała odrzucić uczucia gdzieś daleko, odwrócić się i pójść dalej. I kiedy wydawało się, że emocje zniknęły już poza horyzontem, wracały ze zdwojoną siłą, a ona nie miała innego wyboru, jak przyjąć je z powrotem i męczyć się z wiecznie marudzącym sercem. Mężczyzna mniej więcej zdaje sobie sprawę, jak bardzo może marudzić kobieta, ale jej serce? Sto razy bardziej.
            Gdyby mogła, wsadziłaby tą całą miłość w kopertę i wysłała w świat. Niech ktoś inny się z nią męczy.
-Alba?
-Przyszedłeś sprawdzić, czy nie popełniłam samobójstwa?
-Ja tylko…
-Rozważałam to, ale nie chcę spaść jakiemuś biedakowi na głowę. Trzy tony depresji to za dużo.
            Przysiada na krawędzi łóżka, a ona jest zbyt zmęczona na wyrzucenie go za drzwi. Wpatruje się w nią przez chwilę, próbując przywrócić ją na moment do życia, zmusić ściśle zaciśnięte usta do mówienia. Jego spojrzenie roztrzaskało się na jej bladym policzku, powoli odtwarzając wczorajszą płynność, bezgłośne porozumienie, które teraz okazało się być głupią chwilą. Dla niego pewnie błędem. No tak.
            Zaraz powie, że to nie miało znaczenia i ich przyjaźń jest dla niego najważniejsza.
-To… nie miało znaczenia. Nasza przyjaźń jest dla mnie ważna, wiesz o tym.
            No ba. Powinna zostać wróżbitką.
-I co w związku z tym?
-Chciałem powiedzieć tylko żebyś…
-Nie jesteśmy na planie, rozmawiajmy jak ludzie. Scenariusza pozbyłeś się już dawno temu. Co chcesz mi powiedzieć? Jak mniemam, mam zapomnieć. Okej. Nie ma sprawy. Załatw mi tylko jakiś UsuwaczoPamięciInator i już masz mnie z głowy. Może Dundersztyc taki skonstruował? Jestem pewna, że tak. No więc przenieś się do ich idealnego świata, w którym nawet Fineasz i Izabela są bajecznie szczęśliwi, bo potrafili się ogarnąć, i zdobądź dla mnie ten cholerny Inator. Wiesz, że zawsze im kibicowałam. Oglądaliśmy to razem. Wracając, mam zapomnieć?
-Właściwie to…
-Uwierz, że bym chciała. Właściwie nie chcę, rozpaczliwie chcę o tobie pamiętać, bo jesteś najlepszą i najgorszą rzeczą, jaka mnie w życiu spotkała, ale powinnam to zrobić. Dla ciebie, dla siebie.
-Tak. Wiem.
-Jest coś, co jeszcze chcesz mi powiedzieć?
            Przez chwilę łudzi się, że ją wyśmieje, powie, że jest głupia i pójdą razem na frytki. A on nadal siedzi i patrzy na nią zbyt bezradnym wzrokiem, jakby wciąż nie był do końca świadomy jej uczuć. Niby przez przypadek unosi dłoń i nieokreślonym gestem wędruje do jej ręki. Tak wyraźnie stara się to zignorować, dać mu w odpowiedzi jedynie spojrzenie pełne obojętności. Nie potrafi.
            Zawsze wydawało się, że patrzy gdzieś poza nią. Wdziera się pomiędzy blizny, obdarza uśmiechem niedoskonałości, sprawia, że rysy przestają być ważne. Zna ją jak nikt inny, a nie chce przyjąć tego kawałka serca, które jest całe dla niego. Pewnie obejrzałby go, podumał i oddał jej z powrotem.
-Nie.
            Cofa dłoń. Słabość przeobraża się w dystans, spojrzenia nikną pod ciężarem słów. Powraca widmo modlitw o wyleczenie naiwności. Zgubiła pragnienie jego bliskości gdzieś między racjonalnością a marzeniem. Człowiek uczy się tylu rzeczy przez całe życie, a kiedy przychodzi miłość natychmiast głupieje. Lata doświadczenia są bezradne przy kompletnie zakochanym sercu.
-To nie mów. Zrób coś. Cokolwiek. – Myśli, ale nic mu nie mówi, jak sparaliżowana patrzy mu w oczy i nie wie, którędy uciec.
            Wygonić ją. Skazać na śmierć, ukatrupić. Byleby tylko już tak nie męczyła. Byleby tylko dała jej spokój i nie kazała patrzeć na niego z miłością.


Miałam słowa własne,
Ktoś stwierdził, że zbyt ciasne.
Co mam zrobić bez słów, jak żyć?
Bez słów, jak żyć?


-Ludzie z dnia na dzień coraz bardziej mnie wkurzają.
-Dlaczego?
-Nie wiem. Ale z każdą godziną przybierają na głupocie. No i każdy czegoś ode mnie chce. Bądź szczęśliwa, Cande. Uśmiechnij się, Cande. Nie złość się, Cande. A może ja nie chcę być szczęśliwa? Jeśli radość jest pieprzonym warunkiem narzuconym przez ludzkość, to wolę podciąć sobie żyły tu i teraz.
-Tu i teraz lepiej nie, bo skończę na okładce tysiąca gazet jako morderca, który rzucił się na koleżankę z pracy z zimną krwią. Poza tym serio myślisz o takich rzeczach? Przez myślenie niedługo zabraknie ci życia na cokolwiek.
-Żebym jeszcze cokolwiek przed sobą miała…
            Minęli witrynę księgarni. Mimo nieba spowitego czernią i przygaszonego światła gwiazd, wystawa od razu rzucała się w oczy. Cała szyba obklejona była papierowymi serduszkami z logiem owej pseudofirmy, w rogach postawione były wazony (czerwone) z sztucznymi różami (czerwonymi). Książki dyndały nad parapetem, przywiązane brokatowymi sznureczkami, co pewnie miało uchodzić za główną atrakcję, a ją jak zwykle przeraziło. Istne samobójstwo literatury. Oburzenie nieco opadło, gdy przyjrzała się tytułom „top 5”. Wszystkie trzy części Greya obracały się w kółko, zachęcając do kupna zdesperowane gimnazjalistki, tudzież niewyżyte kobietki w średnim wieku, bo nikt normalny po równie wielki szajs by nie sięgnął. To trochę ją pocieszyło. Perypetii dziewczyny z pogryzioną wargą i jej pseudochłopaka z tamponem zamiast mózgu nie można było nazwać książką. Mogła sobie spokojnie dyndać na sznureczku.
-Wciskają tę miłość gdzie popadnie.
-Co w tym złego? Ludziom się to podoba.
-Nie. Ludziom nie podoba się miłość, tylko to, na co ją wykreowali. Wiesz, misie, serduszka, gwiazdki z nieba. Pocałunki przy świetle księżyca. To strasznie tandetne, nie sądzisz? Wszyscy nawijają o kochaniu kogoś pomimo wad i cały świat jest chętny do miłości. Ale wraz z odkryciem każdego uszczerbku drugiej osoby, oddalają się i wciąż czekają na ideał. Wiemy, że takowe nie istnieją, ale oni i tak czekają. Dlatego uważam, że miłość jest tylko jednym z wielu słów, ponieważ ludzie już dawno potracili mózgi i nie umieją robić nic, poza mówieniem. A ja nie chcę uczestniczyć w tej całej szopce.
Rugg przystanął gwałtownie, a ona natychmiast ugryzła się w język. To za dużo jak na jeden wieczór. Jak to jest, że osobom, które ledwo znamy potrafimy opowiedzieć więcej, niż ludziom, których znamy całe życie?
Światełka w witrynie sklepowej zmieniły barwę na różową. Zaczęła się zastanawiać, czy to księgarnia, czy dom rodziny jednorożców. Rugg odwrócił się powoli i spojrzał jej prosto w oczy, ale wcale nie ugięły się pod nią kolana. Stała prosto, gotowa stłuc go na kwaśne jabłko, jeżeli tylko zajdzie taka potrzeba. Może ta uwaga o gwałcie miała być pewnym preludium?
-Nigdy wcześniej cię nie widziałem.
-Aha. – Skwitowała krótko i zaraz pożałowała, że dała mu się wyciągnąć z hotelu. Mogła leżeć pod kołdrą i jeść chipsy.
-Aha. No właśnie. Bo jak inaczej można to określić? Nie widziałem mojego życia, które cały czas było tuż obok.
-Powinieneś się leczyć.
-Nie jesteś za grosz romantyczna.
-Romantyzm jest dla frajerów. Tak samo jak grzywka do nieba i uzależnienie od instagrama.
-Nie jestem uzależniony. – Prycha, ukradkiem wychodząc z panelu aparatu na iphonie. – Jesteś jakaś obłąkana.
Ruszył przed siebie, z lekka obrażony, wciąż pieczołowicie ściskając telefon w dłoniach. Wyprzedziła go o parę kroków, co by przypadkiem nie pomyślał, że wyprowadził ją z równowagi. Coraz bardziej oddalali się od hotelu, ale nie mogła teraz zawrócić. Ruggero pomyślałby, że miał rację i rzeczywiście się boi. A to nieprawda. Nie całkiem. Zniesie jego towarzystwo, choćby jego niepoprawnie piękne rysy twarzy miały utrudniać jej logiczne myślenie, a teksty przyspieszać bicie serca. Chociaż to drugie było niewykonane, bo ona serca nie miała. Bóg podarował jej o jeden mózg za dużo.
-Gdzie teraz idziemy?
-Przed siebie.
-Wciąż nie masz zamiaru mnie zgwałcić?
-Muszę się poważnie zastanowić.


-Siekiera, motyka, Cande uda, sweter Facu to jest zguba…
-Nie jestem w nastroju do żartów. Szczególnie tych o moich udach.
            Dwie godziny. Dwie godziny chodzili krok w krok i starali się siebie ignorować (przynajmniej ona), zbyt często się nie odzywać (przynajmniej ona) i nie robić z siebie pośmiewiska (przynajmniej ona). Rugg gadał jak najęty. O swojej rodzinie, o planach na przyszłość, o Jorge łkającym w pokoju obok, o czarno-białych filmach. Bardzo uważała, żeby puszczać każde słowo mimo uszu i ograniczyć zainteresowanie do minimum. Obrażała się w myślach za każdą zbyt ożywioną reakcję i zmywała ślad po niej obojętnością, beznamiętnie skrzyżowanymi ramionami. Ale mówił w taki sposób, że oczy same kierowały się na jego twarz i patrzyły w skupieniu, jak z ożywieniem opowiada o wszystkim, co mu ślina na język przyniesie.
            Generalnie kazała mu się zamknąć, co ewidentnie go zdziwiło, bo przez resztę drogi wpatrywał się w nią z oczami wielkimi jak spodki i zapewne zastanawiał się, na której planecie rodzą się takie psychopatki (a była przecież jednym z niewielu myślących ludzi!). Siłą rzeczy poprzestał na dziwnych rymowankach, co już tak bardzo jej nie przeszkadzało i pomagało myśleć, że Rugg to idiota z ładną buzią, którym nie należy się zbytnio przejmować. Aktualnie dreptali w stronę pubu. Żołądek robił swoje, a Cande nie była w stanie funkcjonować z pustym brzuchem. Jeżeli już istnieje miłość, to taka do jedzenia. Większość lokali była już dawno zamknięta i pozostała jej ta mało wdzięczna miejscówka, z nazbyt radosnym człowieczkiem turlającym się pod drzwiami, który chyba zabawił się dzisiaj za intensywnie.
-Siekiera, motyka, ruda Cande, weźmiesz dzisiaj ślub z Gambande…
-Zamknij się.
-No co? Myślałem, że się przyjaźnicie.
-No właśnie. A między przyjaźnią a ołtarzem jest dość spora przepaść, więc wyświadcz mi przysługę i już się nie odzywaj.
-Naprawdę nie masz dzisiaj humoru? – Bardziej stwierdził, niż zapytał, po czym jednym susem zatarasował jej drogę do drzwi pubu – źródła wybawienia po kolejnym pustym dniu. Zastanawiała się, czy go nie zabić albo chociaż pogryźć, bo skoro już nie może dostać się do jedzenia, musi zaoferować żołądkowi coś w zamian. Pijaczek przeturlał się w stronę drzewa, krzycząc coś o koniach. Jak nic się dzisiaj zastrzeli. – Co się dzieje?
-Zaczęłam myśleć.
-O. Myślenie to poważna przypadłość u kobiet i zazwyczaj nie prowadzi do niczego dobrego.
-Z tym, że mnie donikąd nie zaprowadziło.
-A mnie teraz tak. Już wiem, dlaczego mnie unikasz.
-No dawaj, Sherlocku.
-Bo wiesz, że mogę być tym jedynym. A zakochanie oznacza klęskę twoich dotychczasowych przekonań. Nienawidzisz nie mieć racji.
            Kiedy dostał w twarz, zdębiał na parę sekund, co wystarczyło jej na usunięcie go z przejścia i zniknięcia za drzwiami pubu (dopiero teraz rzucił jej się w oczy wściekle czerwony szyld „Płonąca skarpeta” – Boże, za jakie grzechy?). Pijaczek spod drzewa oznajmił, iż nie wiedział, że konie mają rzęsy, a Ruggero postał jeszcze kilka chwil w miejscu, po czym wparował do środka, mając nadzieję, że Cande nie nabiła mu zbyt wielkiego siniaka.
            Filtry z Instagrama zatuszują wszystko.


Facu.
Słowo daję, jesteś taki niedomyślny. Nawet gdybym napisała „ożeń się ze mną” na czole, pewnie i tak powiedziałbyś coś w stylu „haha, jakie to śmieszne, przyjaciółko, chodźmy porobić coś, co robią przyjaciele”.
Hm. A jeśli powiem ci, że przyjaciele czasami stają przed ołtarzem? Nie żebym tego chciała, po prostu są ludzie, którzy zbudowali związek na długoletniej przyjaźni. No więc widzisz: można tak.
Wiesz, że jesteś każdym moim słowem.
Wiesz, że każda myśl prowadzi do ciebie.
Wiesz, że nawet najbardziej ukradkowe spojrzenie mówi ci to, czego ja nie mogę.
Wiesz, że jesteś. W każdym dniu, zetknięciu dłoni.
Świecisz mi nad głową, niczym to cholerne słoneczko z Teletubisiów (wiem, że zawsze się ich bałeś – to jeden z tych sekretów, których ABSOLUTNIE NIGDY I BEZ WYJĄTKU NIE NALEŻY WYJAWIAĆ).


-Oho. Następni – mruknął barman, mknąc szmatką po krawędziach szklanki. – Grają w serialu dla dzieci, a spędzają namiętne noce z procentami. Moja córka was ogląda.
-Proszę pozdrowić córkę!
-Następni? W sensie? – Radosne ożywanie Rugga zostało przez nią potwornie zignorowane, co skomentował tylko nieznacznym prychnięciem.
-Już jedna z was była tutaj wczoraj. Po waszych minach wnioskuję, że dotarła do domu cała i zdrowa, inaczej bylibyście w trakcie robienia listy gości na pogrzeb. Tak się trzęsła, jakby z dziesięć wibratorów pożarła – Rugg zachichotał dyskretnie, szybko zmiażdżyła go wzrokiem. – Płakała, że chłopak nie przyjechał, że nikt jej nie kocha, że jakiś cymbał woli własny sweter od niej… Co dziwne, wtedy jeszcze nie zamówiła magicznego eliksiru. Zignorowała moją propozycję wezwania taksówki i potoczyła się w stronę wyjścia. Przeżyła, to najważniejsze. Podać coś?
-Colę. Z lodem. Obiecałem koleżance powstrzymanie się od rzucenia się na nią przy pierwszym lepszym zaułku, więc na tym muszę poprzestać.
-Ha ha. Śmieszne. Dwie paczki chipsów paprykowych. Te największe. I wodę, bo jestem na diecie.
            Barman tylko zmierzył ją wzrokiem i z ciężkim westchnieniem skierował się w stronę zaplecza. Wsunęła rękę do kieszeni w poszukiwaniu monet. Rugg przysunął się bliżej (stanowczo za blisko), niby przypadkiem muskając wargami jej włosy. Nie powaliło jej to. Pachniał miętą. Przed wyjściem zamknął się w łazience na pół godziny pod pretekstem poprawienia grzywki. Pewnie mył zęby, licząc, iż zauroczona jego osobą, pozwoli zasypać się pocałunkami. Jeszcze czego. Prędzej ukręci mu łeb, niż da się pocałować.
-Możesz zapłacić za mnie.
-Płcie ci się pomyliły.
-Wiesz co?
-Co?
-Nie wiem. Ale masz cholernie atrakcyjnie głos, kiedy mówisz „co?”.
-Ciebie chyba coś porąbało.
-Nagle zrobiło się mniej atrakcyjnie.
            Chipsami się nie podzieliła. W mgnieniu oka pochłonęła obydwie paczki, a Rugg tylko patrzył na nią z przymrużonych powiek, zastanawiając się, jaką ilością żołądków dysponuje płeć żeńska. Przy okazji zdążył ułożyć sobie grzywkę. Wyglądał fenomenalnie, ale najwyraźniej przegrywał z urokiem osobistym chipsa paprykowego.
-Alba była tu wczoraj.
-Brawo, Sherlocku.
-To dlatego pytała się mnie wczoraj, czy mówi się pomarańcz czy pomarańcza. Myślałem, że tylko tak żartuje, nawet do pokoju ją odprowadziłem, a kiedy wracałem minąłem się z Facu i oświadczyłem mu, że Alba jest w wybornym humorze. Zareagował dość dziwnie, mianowicie powiedział coś w stylu „świnia już przyjechała” i ostentacyjnie wparadował do środka. O co mu chodziło z tą świnią? Kto jak kto, ale on by tak do Alby nie powiedział. Poprzestaje na prosiaczku, słowo honoru. Sam słyszałem.
-To było do jej chłopaka.
-Facu nazwał tak sam siebie?
-Bynajmniej. To by się nawet zgadzało, chociaż sytuacja wygląda trochę inaczej. – Zanurkowała do paczki w poszukiwaniu okruszków. – Kup mi jeszcze ze trzy opakowania. Jestem głodna. Prawie nic dzisiaj nie jadłam.


Miałam serce dla wszystkich,
Ktoś klucz do niego obmyślił.
Co mam zrobić bez serca, jak żyć?
Bez serca, jak żyć?

Facu.
Nienawidzę cię.
Nienawidzę cię, bo kiedy się uśmiechasz, moje serce również.
Nienawidzę cię, bo nagle każda rzecz kojarzy mi się z tobą.
Nienawidzę cię, bo jesteś kretynem, a ja za tobą szaleję.
Nienawidzę cię, bo potrafisz wypić więcej niż ja i wciąż zdajesz sobie sprawę z tego, co się dzieje wokół.
Nienawidzę cię, bo twoje pocałunki doprowadzają mnie do obłędu.
Nienawidzę cię, bo umiesz się ze mną przyjaźnić, a ja z tobą nie.


Dochodziła północ. Zdążyła zjeść osiem paczek chipsów i doprowadzić portfel Ruggero do stanu kryzysowego. Po drodze pochłonęła jeszcze dwa hot – dogi, które wyżebrała na stacji benzynowej za skromną gotówkę i zdjęcie z młodym kasjerem. Czuła wzrok Ruggero dosłownie wszędzie, a mówiąc wszędzie, ma na myśli  w s z ę d z i e.
-Nie patrz się na mnie.
-Nie patrzę.
-To co robisz?
-Masz bardzo ładne plecy.
-Masz bardzo ładną przestrzeń zamiast mózgu.
Nie podoba jej się. Wcale a wcale. I tylko kiedy się uśmiecha, czuje jakieś niewyżyte motyle w brzuchu. Albo nietoperze, kto wie, co szaleje w jej żołądku. Może fakt, że wydał swoje ostatnie pieniądze na chipsy paprykowe dla niej nieco ocieplił ich relacje.
-Czytałaś „Gwiazd naszych wina”?
-Ta. Nie podobało mi się.
-Hazel i Gus mieli swoje prywatne „zawsze”. – Kontynuował niezrażony, a ona zaczęła zastanawiać się, czy mu nie przywalić. – Okay. Według mnie to urocze.
-Chłopak, który mówi „urocze” jest albo psycholem, albo pedałem.
-Racja.
Chwila ciszy.
-Może „pedał” będzie naszym zawsze?
-Pedał.
-Pedał.
-Nie, czekaj. To nie tak. Kierowałam to bezpośrednio do ciebie.
-Pedał.
-Pedał.
-Pedał.
-Ty nic nie rozumiesz.
-A więc to miłość.
-Nie wierzę w miłość.
-Miłość jest wszystkim, czego potrzebujesz.
-Tinka ma taki tatuaż. Wysiliłbyś się bardziej.
-To Beatlesi. Nie Tini. Nie znasz tej piosenki?
-Nie zależy mi na tym.
-Nie znasz. Matko Boska. Chyba przestałaś mi się podobać.
            Chyba znowu zrobiła się głodna. Szkoda, że Ruggero nie ma już środków na koncie. Może poszuka kolejnej stacji benzynowej i przekupi następnego kasjera?
-To ci zaśpiewam.
-LEPIEJ NIE.
-There's nothing you can do that can't be done…
-Ruggero.
-Nothing you can sing that can't be sung, nothing you can say...
-Ruggero…
-But you can learn how to play the game, it's easy…
-Ruggero!
-Nothing you can make that can't be made…
-Zaraz ci przywalę.
-No one you can save that can't be saved, nothing you can do…
-Serio. Prosto w twarz.
-But you can learn how to be you in time, it's easy…
-Moja mama zawsze mówiła, że prawdziwa kobieta powinna umieć kopnąć faceta w jaja.
-All you need is love…
-Wcale nie.
-All you need is love…
-No przecież mówię, że nie.
-All you need is love, love…
-Boże.
-Love is all you need.
-To już koniec?
-Jeszcze druga zwrotka, ale widzę, że jesteś we mnie już wystarczająco zakochana.
-Dobry Boże, nie. Prędzej zostanę świadkiem koronnym, niż się w tobie zakocham.
            Z niewiadomych przyczyn pozwoliła zbliżyć mu się o dwa kroki, a nawet uśmiechnąć. Jak to leciało? Wszystko, czego potrzebujesz, to miłość. Całkiem fajna piosenka, chyba posłucha sobie w hotelu.
-Tylko mnie teraz nie bij.
            Ułamek sekundy. Tyle czasu zajęło mu dobranie się do jej ust, uwięzienie jej drobnej postury (mimo, że żarła więcej, niż Timon i Pumba, była chuda jak świerszcz) w żelaznym uścisku. Coś stanęło w miejscu. Może to czas, może jej serce. Obstawiałaby pierwszą opcję, bo to drugie biło bez opamiętania, jak szalone wybijając rytm „All you need is love”. Nawet całowali się w melodii tej piosenki.
            Słowa odmowy nie zdążyły paść. Zagrodził je swoimi ustami, a ona przywarła do niego zwabiona zdziwieniem. Minutę później stała przed nim z głupią miną, zastanawiając się, czy najpierw na niego nakrzyczeć, czy od razu rzucić się z pięściami. Wyraźnie pominęła podświadomie zadane pytanie, czemu się nie odsunęła.
-Ty…
-Chciałem tylko upewnić się, że mam rację.
-Jesteś idiotą.
-Mam rację.
            Pobić go nie zdążyła. Właściwie nie chciała się do niego zbliżać, jeszcze znowu omamiłby ją pocałunkami, równie natrętnymi, co miłymi. Pocałunkami, których nie chciała. Wyprzedziła go o parę kroków, nie zaprzątając sobie myśli jego wszechobecnym spojrzeniem i tylko od czasu do czasu rzucała, że jest debilem, bo rzuca się na nią, ledwo zdążyli się poznać.
-Znam cię całe życie – odpowiadał za każdym razem, posłusznie drepcząc koło niej. – Nie musisz się bać. Nie każda para kończy jak twoi rodzice.
-Te wszystkie pary są przereklamowane. Dopiero co zacząłeś ze mną rozmawiać, a już próbujesz mi coś udowadniać. Zdaję sobie sprawę, że trzy czwarte świata mdleją na twój widok, ale ja nie. I jeśli możesz, to już mnie nie całuj.
-Tego nie mogę ci obiecać.
-Nie możesz, ale musisz.
-Obiecuję. – Pokiwała głową, ponownie zwiększając dystans między nimi. A Ruggero tylko podążał za nią z nieodłącznym uśmiechem i palcami skrzyżowanymi za plecami.


Szukając sposobu na uporanie się z jakże traumatycznymi wydarzeniami poprzedniej nocy, intuicja zaprowadziła ją do lodówki. Konsumując wczorajszą pizzę, rozważała nad tym, co uczynił jej ten przeklęty Włoch od siedmiu boleści.
Po pierwsze: zapłacił za jej chipsy. Hojny gest, może dać mu plusa.
Po drugie: całą drogę opowiadał mało przyzwoite rymowanki. Duży minus.
Po trzecie: pocałował ją, a ona zapomniała się odsunąć. Dziesięć minusów. Bez odwołania.
Cóż, to bardzo prosty rachunek. Polawszy trójkącik drugą warstwą ketchupu, zrozumiała, że nie ma co się przejmować, a te opowiastki o motylkach w brzuchu, to tylko brednie z tanich romansideł. To wczoraj to pewnie żołądek. Chipsy paprykowe robią swoje.
-Co robisz? – Boże, znowu on. Jakby nie miał swojego życia.
-Jem pizzę.
-A dzisiaj jesteś szczęśliwa?
-To właśnie powiedziałam.
No i czego on od niej chce? Patrzy cielęcym wzrokiem, jak beznamiętnie przeżuwa kawałek margarity i wyraźnie usiłuje pokazać, że ma go gdzieś. A ten nic! Gapi się i gapi, jakby była ósmym cudem świata. Nie twierdzi, że tak nie jest, ale mógłby łaskawie się odwrócić i zacząć startować do kogoś innego.
-Co dzisiaj robimy?
-Ja mam wszystkich gdzieś. A ty rób sobie, co chcesz. Byle z dala ode mnie na przynajmniej pięć metrów.
-Usiłuję nadrobić trzy lata w jeden dzień – wyjaśnił rzeczowo, próbując podebrać jej kawałek pizzy, za co dostał po łapach.
-W takim tempie, niedługo poprosisz mnie o rękę.
-Czemu nie? Twój Anioł Stróż nie mówi ci, że nie znajdziesz nikogo równie idealnego jak ja?
-Gdybym miała Anioła Stróża, nie przeklinałabym teraz każdego dnia, lecz spała do piętnastej i nie musiałabym patrzeć na niezdrowo szczęśliwe twarze ludzi.
-Bzdura. Każdy ma Anioła Stróża.
-Ja nie. Nie widzę go.
-Może zrobił sobie urlop.
Nie odpowiada. Najwyraźniej ma pretensję do świata, że jeszcze żaden samochód jej przejechał.
-A nie pomyślałaś sobie, że on zawsze był, tylko dopiero teraz tutaj dotarł, bo miał do ciebie długą drogę?
-Za długą.
-Może szedł piechotą.
-A mógł wsiąść w samolot i przylecieć. Zresztą, to bzdurne, bo i tak nikogo przy mnie nie ma.
-Ja jestem.
            Zmierzyła go wzrokiem.
            Anioły mają skrzydła i nie chodzą w coversach. Przynajmniej tak jej się zdawało. No i nie przyprawiają swojego podopiecznego o liczne palpitacje serca.
-Od wczoraj.
-Lepiej późno, niż wcale.
-Idź. Sobie. – Akcentuje wyraźnie. Powoli brakuje jej pomysłów na to, jak kazać mu spadać.
-Nie – wyszczerza zęby w uśmiechu. – Dzisiaj Jorge się opamiętał, aczkolwiek odrzuciłem jego propozycję wspólnego oglądania programu Stephie, żebym mógł ci potowarzyszyć. A, Diego uciekł wczoraj w nocy. Do Clari. Może do jutra wróci. Reżyser się wkurzył, dzwoni do niego bez przerwy, ale ten tylko się śmieje i mówi, że jak będzie chciał, to przyjedzie. A Samu i Mechi zamknęli się w pokoju i nie chcą wyjść. Kiedy zapytałem ich przez drzwi, czy na koncercie było fajnie, zaczęli się dziwnie śmiać i olali moje pozostałe pytania. Bezczelność. No więc posiedzę z tobą. Cieszysz się?
            Przytaknęła. I wyszła.

Miałam myśli spokojne,
Lecz ktoś wywołał w nich wojnę.
Co mam zrobić teraz, jak żyć?
Jak teraz żyć?

Facu.
Przepraszam.
Zakochałam się.
Jestem okropną przyjaciółką.
Chciałabym ciebie, bo umiesz ogrzewać. Słowem, dotykiem, gestem – całym sobą.
Chciałabym ciebie, bo widziałeś mnie bez makijażu i nie uciekłeś na drugi koniec świata.
Chciałabym ciebie, bo znałeś każdy skrawek mojej skóry, który czerwienił się pod wpływem twojego wzroku.
Chciałabym ciebie, bo śmialiśmy się z swoich żartów, które inni komentowali krótkim uniesieniem brwi. Może ich poczucie humoru nie obejmuje tego, co istnieje tylko między naszą dwójką.
Chciałabym ciebie, bo przy twoim uśmiechu wszechświat maleje i ginie w powietrzu.
Chciałabyś ciebie, bo byłeś, bo jesteś, bo będziesz. Będziesz, prawda?
Chciałabym ciebie, bo znasz mnie na wylot, potrafisz wymienić wszystkie wady i zalety, a i tak mnie kochasz.
Pytanie tylko: jak?


Pomyślała o Aniołach.
Zwykle przywoływała obraz skrzydlatego dzieciaczka o rumianej buzi i jasnych lokach, pogrążonego w naiwnej modlitwie. Klęczącego przed Bogiem, z złożonymi rączkami, które były tak kruche i maleńkie, że w dotyku przypominały piórko.
Nie wiedziała, jakim cudem, teraz widziała tylko tego frajera z żałosnym uśmiechem.
Nie miał złotych loków, pucołowatych policzków ani nawet tych głupich skrzydeł. Ot zwykły człowieczek, który ostatnio trochę za bardzo jej się narzucał.
Ach. Nie dość, że prześladuje ją w każdej wolnej chwili, to jeszcze włazi w jej myśli. Należałoby czym prędzej go stamtąd wyrzucić, jednak – jak na złość – nawet jej szare komórki rozpływały się na widok jego uśmiechu.
A jeszcze niedawno mijali się niewzruszeni, nie zawracając sobie głowy słowami innymi niż „cześć”.
A jeszcze niedawno umieli żyć oddzielnie, nie zastanawiając się bez przerwy, co robi te drugie.
A jeszcze niedawno szczędzili sobie uśmiechów,
A jeszcze niedawno byli bez siebie kompletni. A może nie, ale o tym nie wiedzieli.
Nagle chciała mu wszystko powiedzieć.
To, dlaczego jej ulubioną księżniczką jest Ariel, skąd wzięło się imię jej psa, w którym momencie życia rozbiła różowe okulary. Zapragnęła opowiedzieć mu całą historią, jaką napisało życie, poszukać wsparcia w jego dobrym głosie.
Na korytarzu wpadła na Albę, równie zaspaną i przybitą jak ona – może nieco bardziej przygnębioną. Bezceremonialne wlazła do jej pokoju i usadziła ją naprzeciwko siebie, bawiąc się w salę przesłuchań.
-Co ci się w nim podoba?
-Cande…
-Pytam serio. W moim mniemaniu, jego fanki nie noszą jeszcze staników, a ty… Opowiedz mi o tym.
-Rzeczywiście noszę stanik. – Alba uśmiecha się rozbrajająco, a ona wreszcie może odetchnąć z ulgą. – Czasami po prostu czujesz, że nie musisz już dłużej szukać, że w żadnych innych oczach nie znajdziesz tego, co widzisz w jego…
-Czekaj. Wciąż mówimy o staniku?
-Nie. O Facu – odpowiada grzecznie, a pąsowy rumieniec po raz setny łaskocze ją po policzkach. – Już dawno zgubiłam słowa. Chciałabym mu powiedzieć, że każde jego spojrzenie doprowadza mnie do szewskiej pasji i nie umiem bawić się w niekochanie. Czuję, jakbym kochała go cały czas – od pierwszego momentu, kiedy otworzyłam oczy.
-To strasznie kiczowate. Nie prościej powiedzieć, że jest przystojny i tyle?
-Cande…
-A fakt, przepraszam. On przecież nie jest przystojny.
Wymowne spojrzenie beznadziejnie zakochanych oczu uświadamia jej, że znowu coś palnęła.
-Już nic nie mówię.
-Nieważne. To i tak nie ma znaczenia, skoro zakochując się w nim, trafiłam na ślepą uliczkę. Moja miłość do niego to wieczne czekanie na coś, co nigdy się nie wydarzy. To nie tak, że nie chciałam o nim zapomnieć. Próbowałam. Wiele razy, ale na każdym pozornym końcu, drogę przecinał symbol nieskończoności. Rozumiesz? Od tego nie da się uciec, choćbym próbowała ze wszystkich sił. Nie ma mety bez jego uśmiechu. Nie ma życia bez niego. Kocham go nawet, kiedy nosi ten żałosny sweter i myśli, że wygląda w nim męsko, a tak naprawdę ludzie płaczą na jego widok.
-Jakie to porąbane.
Alba jest już bliska płaczu, ona zresztą też. Uświadomiła sobie, że dopadło ją coś, co sprawia, że człowiek choruje na zbyt romantyczne słowa i przesadną wrażliwość, szczęście miesza się z bólem, a serce jest totalnie ogłupiałe i nagle nie należy już tylko do niej.
Zakochała się. Szlag by to.
-Dlaczego mu tego nie powiesz?
-Czasem lepiej nie pokazać, jak wielkim uczuciem się kogoś darzy. Poza tym myślę, że on już wie. – Sili się na rzeczowy uśmiech, chociaż wszystko w niej bezradnie rozkłada ręce. - Co ja mogę zrobić, Cande? Do niczego go nie zmuszę.
            U niej jest chyba odwrotnie. To Rugg zmusza ją do kochania, kiedy ona nie chce. Szkoda, że miłość nie zapytała jej się o zdanie. Wepchnęła się bez zaproszenia, niczym stały lokator. Rozgościła się w głowie i zamknęła drzwi na klucz, zostawiając ją jedynie z głupimi pretensjami i złością, że tak łatwo dała się wkręcić.
            Bacznie przyjrzała się Albie i zmiękła. Wyglądała na przygaszoną, włosy miała w jeszcze większym nieładzie niż zazwyczaj, usta chyba ostatkiem sił wygrały z terminem ważności wypowiadania słów. Jeśli tak to ma wyglądać, to ona dziękuje.
-Wyglądasz tragicznie.
-Dzięki Bogu za ludzi szczerych do bólu – wymamrotała w rękaw. – Po prostu źle się czuję. Nie przez to, że nie mogłam zakochać się w kimkolwiek innym, mam zły dzień. Mam zły dzień już parę dobrych miesięcy, ale jego to nie obchodzi, skąd, szczerzy się jak popieprzony i myśli, że nasze relacje kończą się na starych dobrych kumplach, którzy chodzą razem na mecz i piwo, oczywiście. Nienawidzę tego gnoja.
Tak. Ona też nienawidziła Rugga. To by się zgadzało.
Chyba odnalazła bratnią duszę.
-Wiesz, bo ja chyba też tak mam.
-To ty tak potrafisz?
-Właśnie! Dziwne, nie? – Alba momentalnie się ożywiła, co trochę podniosło ją na duchu, bo dziwnie patrzeć na przyjaciółkę siłą wyrwaną z trumny. – Nigdy wcześniej nie zwracałam na niego uwagi, a teraz zupełnie jakbym przez przypadek otworzyła oczy… Po raz pierwszy czuję, że ktoś nie chce mnie zmieniać, tylko po prostu jest. – Nigdy nie podejrzewała siebie o podobne słowa. No proszę. – Alba?
-Hmm?
-Jak mniemam, ty też nie zamierzasz zmienić Facu. Popieram to całym sercem, ale proszę – namów go, żeby wyrzucił ten sweter. I spróbuj zapomnieć.
-Gdybym umiała, zrobiłabym już to wieki temu. I ty też.
Zamilkła.
Podczas pierwszego tygodnia kręcenia, nie umiała zapamiętać jego imienia.
Teraz był pierwszą myślą, jaka nawiedzała ją tuż po przebudzeniu.


Drogi Facu!
To moment w sam raz, żeby powiedzieć ci, że nigdy nie przestanę cię kochać.
No, może nie w sam raz, bo nie odzywamy się do siebie i chyba mnie nienawidzisz, ale zauważ, że nigdy nie mieliśmy dobrych momentów. Nie oszukujmy się, takowe nie istnieją. A gdybym postanowiła na niego poczekać, prawdopodobnie skończyłabym w trumnie – stara, pomarszczona i ze złamanym sercem.
No więc nie przestanę cię kochać.
Nie przestanę cię kochać, choćbyś miał codziennie nosić ten obleśny sweter i wychodzić tak do ludzi (to nie zmieni moich uczuć, ale proszę, nie rób tego).
Nie przestanę cię kochać, choćbyś ukrywał przede mną smoka/prostytutki/Stowarzyszenie Osób Kochających Swetry w piwnicy.
Nie przestanę cię kochać, choćbyś wymordował pół świata, a pozostałe pół zjadł.
Nie przestanę cię kochać, choćbyś zawsze już miał się jąkać i udawać, że lubisz moich rodziców.
Nie przestanę cię kochać, choćbyś używał do pisania tylko czarnych długopisów. Nie lubisz niebieskiego, kojarzy ci się z Tinky Wink’im – chociaż według mnie, on był fioletowy.
Nie przestanę cię kochać, choćbyś do końca życia miał puszczać mi „Friday”. Nienawidzę tego kawałka, ale jeśli miałoby cię to uszczęśliwić, „Friday” zostałby moją ukochaną piosenką. Nie przeszkadza mi to, serio, po prostu cię kocham.
Nie przestanę cię kochać, choćbyś nabijał się ze śmierci Mufasy. Właściwie ze mnie, bo zawsze rozklejam się na tej scenie.
Nie przestanę cię kochać, choćbyś ty nie kochał mnie.
Tu powinieneś zaprzeczyć i powiedzieć, że kochasz.
Szkoda, że tego nie przeczytasz.
Szkoda, że nic nie powiesz.
Szkoda, że piszę to po nic.
Szkoda, że szkoda.


Według prognozy pogody dzień miał być sympatyczny, słoneczny i bezchmurny.
Według rzeczywistości już nie.
Biegliśmy w zadziwiającym tempie, jakiego nie powstydziłby się laureat maratonu, co jakiś czas przekrzykując deszcz. Przemokły mi air-maxy (życie jest podłe). W połowie drogi ochlapała mnie ciężarówka i mimo hałasu bębniących o wszystko, co żywe lub nie, kropli, słyszałem kpiący śmiech Alby. Chwilę później została perfidnie oblana przez porsche. Też zacząłem się śmiać, ale zgromiła mnie wzrokiem i resztę drogi przemilczałem. Byłem cały mokry. Dziwne, że nie zamieniłem się wtedy w cholerną syrenkę.
Alba dopadła do pierwszego lepszego autobusu i pociągnęła mnie ze sobą, a ja potknąłem się o próg i klasycznie zrobiłem z siebie idiotę. Wyłożyłem się jak długi, przygniatając Albę, a babcia siedząca na pierwszym miejscu (rzecz jasna ze zmęczonymi siatkami u boku) przeżegnała się ukradkiem i naciągnęła moherowy beret na oczy. Przedtem jeszcze wymamrotała coś o obnażaniu się w miejscach publicznych, ale nie dosłyszałem, bo uśmiech Alby nagle przysłonił resztę świata.
Nie żebym go jakoś wielce uwielbiał, po prostu miał moc przeobrażania moich zmysłów w kostkę Rubika.
Kierowca bynajmniej nie odwzajemniał naszego entuzjazmu.
-Panie! To jest autobus, a nie burdel. Rozbieraj se loszkę gdzie indziej.
Poderwałem się jak oparzony, starając się nie patrzeć na rumiane policzki Alby, które teraz przybrały barwę ostrej czerwieni. Pomogłem jej wstać, wciąż wewnętrznie zmagając się z niby niewinną zaczepką i faktem, iż wszyscy robili z nas przyszłe małżeństwo, podczas gdy my byliśmy fantastycznymi przyjaciółmi.
-Już dziesiąty raz w tym tygodniu – uśmiecha się, a deszczowa łza niewinnie spływa po jej czole.
-Dwunasty dokładniej. Nie żebym liczył.
-To chyba o czymś świadczy. – Przysiągłbym, że dystans naszych dłoni wcale nie zmniejszył się do skromnych milimetrów, a w jej tęczówkach nie zapłonęły żarliwe pytania, których treści wcale nie chciałem znać. Przysiągłbym, gdybym sam był tego pewien.
-To zabawne.
-Zabawne?
Cofnęła się, jeden z mokrych loków wysmyknął się jej spod apaszki. Podążyłem za nim wzrokiem, usiłując nie wziąć go w dłonie i przyłożyć sobie do ust. Zadrżała. Przycisnąłem ją do klatki piersiowej, zanurzając dłoń w przemoczonych włosach. Serce biło mi jak głupie, a ja sam nie wiedziałem dlaczego. Pewnie przez ten pośpiech.
-Od razu lepiej – wymruczała w moją bluzę, a ja czułem, że wszystkie organy – bez wyjątku – są właśnie w trakcie mocno zakrapianej imprezy i kompletnie olewają fakt, że jestem w ogromnych tarapatach, mianowicie trzymam Albę w ramionach i nie za bardzo wiem, co mam teraz zrobić.
-Teraz będziecie się rozbierać?
Kierowcy autobusów to bez wątpienia niespełnieni komicy. Usiłowałem zmiażdżyć go wzrokiem, ale z mojego wrogiego wyrazu twarzy, wyszedł tylko niezgrabny grymas, więc dałem sobie spokój i mocniej przytuliłem Albę. Niechcący. Ręce nie pytały mnie o zdanie.
-Teraz będziesz mnie rozbierać?
-Alba!
-Wolałabym wiedzieć wcześniej, niż po fakcie.
-Dość, ja wychodzę – wyjęczała staruszka w berecie i ruszyła w stronę drzwi. – Niewychowanie to takie. Niech Bóg ma was w swojej opiece! Będę się za was modlić.
-Chyba zostanę ateistą – mruknąłem, usiłując nie ściskać jej zbyt mocno i nie przekroczyć pewnej granicy, którą podświadomie zarysowałem. Tak jak teraz było dobrze. -To nie było zabawne.
-Ale szalenie uprzejma kobieta ustąpiła nam miejsce. Ba, nawet dwa. Siatki wyszły razem z nią.
-Też uważam, że na siedzeniu będzie wam wygodniej – oznajmił kierowca, wyszczerzając zęby w uśmiechu. – Nie tarasujcie już przejścia, ludzie nie przyszli tu oglądać…
-DOŚĆ. Wychodzimy stąd. – W tym momencie na zewnątrz trzasnął piorun. – Dobra. Może lepiej nie.
            Co za idiota wybiera się na podróż w taką pogodę? Tysiące niewidzialnych rąk wytknęło mnie palcami. No tak. Zawsze ja. Alba, chwilowo oderwana od rzeczywistości, podążała wzrokiem po zaparowanej szybie. Narysowała koślawe serduszko w rogu i uśmiechnęła się sama do siebie, a mnie wbiło w fotel i ponownie zmroczyło na parę chwil. Mogłaby przestać. W takim tempie za parę dni będę martwy.
            Inni przeżywają zawał przy grze w Fifę, a ja mam palpitację serca z każdym jej uśmiechem. Chyba Bóg zaprogramował mnie trochę inaczej. Jestem pewien, że przy tworzeniu mojej osoby, niechcący obdarzył mnie genami parówki. Podobno Bóg nigdy nie śpi, ale wtedy musiał być bardzo zmęczony. Utwierdzam się w tym przekonaniu za każdym razem, kiedy patrzę w lustro.
-Ładnie się uśmiechasz – wypaliłem, nim zrozumiałem, że na języku nie ma funkcji „cofnij”, a słów nie da się z powrotem upchnąć za zamkniętymi ustami. – W sensie, jak każda kobieta. Normalnie. To nie znaczy, że źle, po prostu każda dziewczyna ładnie się uśmiecha. Jestem idiotą.
-Wiem – przytakuje z półuśmieszkiem, a jej tęczówki przeszywa zagadkowy błysk. Jakby promyk nadziei. Wiecznie mam wrażenie, że na coś czeka. Każdego dnia patrzy na mnie ponaglająco spod długich rzęs, niby przypadkiem zahacza swoją dłonią o moje palce. Jakbyśmy grali w grę, a ja miał dwa wybory, jednak kompletnie nie znał ich treści. – Masz za dużo szczęścia, Facu.
Spojrzałem na przemoczone air-maxy (chyba zapalę im znicz) i pokręciłem głową. – Nie sądzę. Nie dzisiaj.
-Inna dziewczyna ukręciłaby ci łeb na moim miejscu. A zobacz, jesteś cały i zdrowy.
-I mam mokre air-maxy. Co to znaczy „na twoim miejscu”?
-Nie wiesz? – szczerze się zdumiała. Kierowca autobusu też. Co za ludzie.
-Nie.
-Bo ja… Nieważne.
            Kiedy ludzie mówią, że coś jest nieważne, znaczy to, iż to najważniejsza rzecz na świecie, ale druga osoba spieprzyła dyskusje do tego stopnia, że nie umieją już o tym mówić.
-Możesz mi powiedzieć.
-Domyśliłbyś się wcześniej.
-Czego?
-Nieważne – powtórzyła z lekkim smutkiem, odwracając się do mnie plecami. Już miałem ją czymś rozbawić, chociaż w tym momencie, nawet ona nie udawałaby zainteresowania moimi marnymi żartami. Jako jedyna się z nich śmiała. Cande uważała, że to pewnie z grzeczności. Możliwe. Złapałem ją za dłoń i – pierwszy raz w życiu – wyrwała ją z uścisku. – Dlaczego to robisz?
Otworzyłem usta, ale zamiast słów popłynęła cisza. Nie wiedziałem. Chyba to lubiłem. Miałem czyjąś rękę do trzymania, miałem kogo bezkreśnie tulić w ramionach, podświadomie sądząc, że tym samym chronię ją przed wszystkim, co ją boli. Miałem za kim wodzić wzrokiem, miałem o kim myśleć, miałem oczy, w których się zakochiwałem (zupełnie niegroźnie i nieszczególnie). Zawsze tak było.
Ale istniała jeszcze granica. Niewyraźny szkic ołówkiem, nakreślony w powietrzu, ściśle mnożący milimetry między naszymi wargami. Wszystkie słowa, które próbowały paść, zatrzymywały się na niewidzialnym murze i bezbronnie spływały po policzkach przestrzeni.
I tak było dobrze.
Naprawdę?
-Mam kogoś.
Jak grom z jasnego nieba.
Stabilna konstrukcja granicy zadrżała. Po raz pierwszy w życiu poczułem się kompletnie bezradny.
-To nic zobowiązującego. Ale myślę, że może się udać. Zależy mu na mnie. – Nawet ślepy zauważyłby jej pretensjonalne spojrzenie, jakim przeszyła mnie całego. – Chyba wreszcie się uda. Muszę spróbować. Rozumiesz?
-Tak.
Wcale nie.
Jej dłoń w innej dłoni.
Jej spojrzenie rozbrajające inne oczy.
Jej policzki miękkie w dotyku innych palców.
Jej uśmiech rzucony do innej twarzy.
Nie, nie, nie.
-Jasne, że tak.
Nie. Powiedz jej, że nie.
-Tak.
-Powtarzasz się.
Nie.
-Tak.
Nie.
-Cieszę się, że jesteś szczęśliwa.
Wcale się nie cieszę.
-Ja też. Chyba.
Chyba?
-To dobrze.
Nie. Wcale nie jest dobrze.
Dziwnym trafem mój Anioł Stróż nie sfrunął z nieba i nie przyznał mi orderu dla największego idioty świata. Siedziałem z uśmiechem przylepionym do twarzy, jak magnesem do lodówki i usiłowałem znienawidzić wspomnienia, które piekły duszę bardziej niż kiedykolwiek. Czułem się, jakby Bóg pozbawił mnie kawałka serca, a pozostałe zdawały być niekompletne.
-Za tydzień masz urodziny. – Wypaliłem, chcąc jak najszybciej zmienić temat i wyzbyć z siebie nienawiść do osoby, której wcale nie znałem, a która w jednej chwili zgarnęła wszystko, co miałem w dłoniach. – Twoi rodzice przyjeżdżają?
-Nie mogą – zagryzła wargę, próbując stłumić rozczarowanie. – Praca, rozumiesz. Mama obiecała, że odwiedzą mnie parę dni później.
-A… on?
-Przyjedzie.
Tu powinienem powiedzieć, że się rozpromieniła, ale tylko beznamiętnie wzruszyła ramionami i zdobyła się na coś w rodzaju uśmiechu. Szczęśliwa jak diabli. Hmm.
-Super. Będę mógł go poznać. – Będę mógł go udusić. – Świetnie, serio.
-Czasem wydaję mi się, że za długo już czekałam – wypaliła nagle, a mi zapaliła się mała żaróweczka nad głową. – Nie mogę pozbyć się uczucia, że źle robię. Ale chyba nie mam innej opcji. Nie słuchaj mnie, tak sobie tylko gadam.
Znowu się odwróciła, zabierając ze sobą nieśmiałe promienie słońca, ukradkiem wyglądające zza chmur. Niebo też się obraziło.
-Masz refleks, chłopie – rzucił kierowca, a ja wciąż siedziałem wbity w fotel i zastanawiałem się, czemu do cholery jest mi tak źle.
Wtedy po części coś pojąłem.
Ale było już za późno, żeby złapać ją za rękę.


Dni wlokły się jeden za drugim, właściwie człapały, nie czując zbliżającej się wiosny. Cande zamieniła myślenie na książki, a na użalanie się nad sobą w kubek gorącej czekolady. W skupieniu podążała za wersami kolejnej powiastki o miłości, która nie wnosiła do jej życia nic nowego, poza litościwszym spojrzeniem na zakochane pary, mnożące się w zadziwiającym tempie. Oczywiście Facu wciąż nie zaliczał się do tego grona. Uciekał przed Albą na wszelkie możliwe sposoby, a ona obserwowała ich ukradkiem zza aktualnie czytanej książki i zastanawiała się, czy skończą jak ¾ papierowych par. Z szczęśliwym zakończeniem na ostatniej stronie. Przy okazji zaprzyjaźniła się z Ruggiem. Zupełnie niegroźnie. Pilnowała, żeby nie podchodził do niej za blisko, a o całowaniu nie było w ogóle mowy. Okazał się całkiem rozgarnięty. Pomijając fakt, że siedział w łazience o trzy godziny dłużej niż ona, pieczołowicie poprawiając grzywkę i co dwie sekundy robił sobie zdjęcia.
Pierwsza połowa trasy dobiegała końca. Rozmowy schodziły na temat przykrótkich wakacji, wyjazdów do rodzin i stęsknionych drugich połówek serca. Chyba jako jedyna urodziła się w całości. Ostatnie poprawki, utrwalenie choreografii, piekielne rozgrzewki, z których najczęściej się urywała. Tak w skrócie wyglądał ostatni miesiąc, nie licząc opędzania się od Rugga i dawaniu Facu do zrozumienia, że jest kretynem do kwadratu. Zazwyczaj zbywał ją słowami „wiem, co robię”. Problem polegał na tym, że nie robił nic. To też wybór. Ludzie decydują się milczeć, licząc, że tym samym pominą wszelkie dostępne opcje, tymczasem to również jest decyzja.
-Co teraz czytasz?
-„Dotknąć nieba”.
-Dwa na dziesięć, nie polecam. Mama katowała mnie fragmentami za każdym razem, kiedy wychylałem nos z pokoju. Do dzisiaj nie potrafię jej wybaczyć.
-Bez przesady, nie jest źle. Nie w każdej książce musi być wątek kryminalny, piętnaście litrów wylanej krwi i samobójstwo z wieżowca.
-Nie rozumiesz literatury, pfy.
-I wzajemnie. Pfy.
A może tak czasem jest, że od lat wypowiadamy słowa, które pasują do siebie jak ulał, a my nie mamy o tym pojęcia. Nie wiemy, że wypływają one z ust, które idealnie pasują do naszych.
Gestami. Słowami. Spojrzeniami. Minutami. Milczeniem. Uśmiechami. Każdego dnia wręczali sobie nowy kawałek siebie. Powoli, z należytą precyzją, jak dziecko ciesząc się z rozwiązania niewidzialnej wstążki.
-Muszę ci o czymś powiedzieć.
            Zamilkła. Oho. Takie wstępy zazwyczaj nie wróżą nic dobrego. Oby nie domagał się zwrotu kasy za chipsy. Za nic w świecie.
-Ostatnio dostałem ciekawą ofertę…
Książka momentalnie wypadła jej z rąk. Wiedziała, co chce powiedzieć, zanim padły te najważniejsze słowa. Te, które zmroziły ją na parę sekund i odebrały mowę.
-Rezygnujesz z trasy?
-Na to wygląda… Już wszystko załatwione. Dzisiejszy koncert będzie moim ostatnim z wami.
-Czemu? – Pyta, chociaż właściwie wcale nie chce znać odpowiedzi. Co może być ważniejsze od bycia tutaj z nią… z nimi, dawaniu energii publiczności. Lubił to.
-Muszę podążać własną drogą. Jeśli nie teraz, to kiedy? – Odpowiada szybko, przerzucając butelkę z jednej ręki do drugiej. Nie wydaje się smutny. – Wytwórnia zaproponowała mi kontrakt… Mam niepowtarzalną okazję do nagrania własnej płyty.
            Kiwa głową w milczeniu. No tak. Artysta od siedmiu boleści. Tylko czemu tak jej z tym źle?
-Jesteś niesprawiedliwy.
-Co?
-A tak! Masz tutaj dom, masz nas… Masz mnie. M n i e, do cholery. Przez ciebie zaczęłam się uśmiechać. I to nie dlatego, że tak trzeba. Przez ciebie przestałam myśleć, tylko zaczęłam żyć i jeśli chcesz mnie teraz zostawić, to jesteś największym frajerem na świecie.
-Nie dramatyzuj, to tylko…
-Nie. Muszę iść, stylistka na mnie czeka. Widzimy się na scenie. Mam nadzieję, że urządzą ci bajeczne pożegnanie, bo ja nie zamierzam w tym uczestniczyć.


Dzień zapowiadał się okropnie.
Zaspałem na pociąg. Konkretnie dwa.
Rozlałem herbatę.
Nie mogłem znaleźć skarpetek.
Sąsiad zalał mi mieszkanie.
Pies nie chciał wyjść z wanny.
No i ubrałem dwa różne buty. Wyglądałem jak kretyn.

Nie byłoby tak źle, gdyby nie fakt, iż dwudziesty drugi czerwca jest datą castingu, który mógł być wspaniałym startem dla mojej kariery aktorskiej. Mógł, właśnie. Spojrzałem w dół. Jeden trampek był czerwony, drugi niebieski. Trzy czwarte pielgrzymki z pociągu i brzuchaty konduktor zdążyli już mnie wyśmiać.
Pomyślałem sobie, że kiedy będę odbierał Oscara, wspomnę tę zakręconą historię z uśmiechem i chętnie podzielę się nią z zafascynowaną moją osobą publicznością. Póki co, przepychałem się ulicami Buenos, z ironią stwierdzając, iż każdy mieszkaniec – bez wyjątku – wyszedł dzisiaj z domu, postanawiając zagrodzić mi drogę do sukcesu. Do budynku dotarłem zziajany i wycieńczony jak nigdy. W takim stanie nie daliby mi roli nawet w Ulicy Sezamkowej. Słowo.
Sala przesłuchań jest na dwudziestym piętrze. Ani mi się śni wchodzić po schodach. Gdybym zaryzykował, na casting dotarłbym w stanie najtragiczniejszym z najtragiczniejszych, a oni odesłaliby mnie z kwitkiem już na wejściu.
Dopadam do windy w szaleńczym tempie. Jakaś miła istota przytrzymuje mi drzwi. Nie patrząc na nią, burkam nikłe „dziękuję”, po czym lokuję się w kącie, przekonany o swojej własnej beznadziejności i głupocie.
-Pieprzyć to.
Przyłapuję się na tym, że słowa przypadkowo przecisnęły się przez usta i wbijam wzrok w własne buty, co jeszcze bardziej mnie pogrąża. Niebieski i czerwony. Nabieram pewności, że mój Anioł Stróż zwinął się jeszcze wczoraj. Zapewne uznał, iż taki jełop jak ja, nie współgra z jego boskim obliczem i dał nogę, nie zostawiając po sobie nawet głupiego „żegnaj, frajerze”. W tej sytuacji, wypadałoby znaleźć nowego (szkoda, że Aniołów nie sadzają na półkach w sklepie). Takiego, który kontrolowałby odjazdy pociągów i ilość cukru w herbacie. Który będzie moim cieniem i w razie potrzeby, otoczy ramieniem i powie „zawsze mogło być gorzej”.
-Zawsze mogło być gorzej.
Podnoszę wzrok i chyba po raz pierwszy dzisiaj, żadne przekleństwo nie ciśnie mi się na usta.
Nie żebym wierzył w patetyczną miłość od pierwszego wejrzenia, nic z tych rzeczy. Po prostu są ludzie, których uśmiech sprawia, że problemy stają się tylko niewidzialną plamką na tle jego nadrealnego ciepła.
Miała najbardziej poplątane włosy, jakie w życiu widziałem. Jej groteskowe spojrzenie mogło śmiało objąć cały świat, a uśmiech wystraszyć śnieżną zamieć.
W ciągu dwóch sekund, przez głowę przemknęło mi milion myśli. A wszystko przez jeden niewinny półuśmieszek.
Ech. Kobiety to czarownice.
Jak już mówiłem, w miłość od pierwszego wejrzenia nie wierzę. Tylko tak sobie pomyślałem: „o, to na pewno Ona”.
-To nie było do cieb… pani. – Poprawiam się szybko, chociaż na oko dziewczyna jest w moim wieku, a jej wymowne spojrzenie jeszcze bardziej plącze mi język. – Przepraszam. Jestem idiotą. Ty… znaczy się, pani, tak. Pani też na casting?
-Pani ma dwadzieścia trzy wiosenki za sobą – odpowiada rozbawiona, a jeden kosmyk nieproszony spełza jej na czoło. – Denerwuję się jak diabli. Miałam przylecieć tu wczoraj, ale…
-… spóźniłaś się na samolot. – Dokańczam, jak zaklęty wpatrując się w rysy jej twarzy, a część mnie ściszonym głosem powtarza, że znamy się całe życie. – Jesteś Hiszpanką?
-Tak bardzo widać?
-Akcent. – Staram się być totalnie wyluzowany, a jednak jej wzrok rozbraja mnie w paru sekundach. Wędruję jego śladem i zamieram. Buty. Zupełnie o nich zapomniałem. Tylko nie to, nienienie. – Aaa, to. Bo widzisz… Tutaj w Argentynie jest taka moda. Pewnie nie dotarła jeszcze do Hiszpanii, bo jest całkiem nowa. Sprzed tygodnia, słowo. – Rada na przyszłość: jeśli spotkasz anioła, który przyleciał samolotem z Hiszpanii, nie kłam. Chyba, że na temat swoich osiągnięć, zarobków, tudzież fobii (musiałbym komuś bezgranicznie ufać, żeby zdradzić swój lęk przed słoneczkiem z Teletubisiów). No i nie rób z siebie kretyna. – A tak serio, to wina pociągu. Nie do ciebie, tego na kółkach. Właściwie to mnie olej, nie wiem, co mówię. Zazwyczaj nie myślę. Nie czuję pociągu do myślenia. Nie tego na kółkach.
-I to się nazywa facet – stwierdza ona, poprzestając na jednym kpiącym odniesieniu co do mojej płci. Może to i dobrze. – A co do tej argentyńskiej mody, to chyba trafiłeś. – I nagle zaczyna się śmiać. Przyjemnie, dźwięcznie, jej głos odbija się o ściany i tworzy aureolę nad jej głową. A mi chyba zemdlało serce.
Rada na przyszłość numer dwa: jeśli anioł z Hiszpanii oleje twój debilizm i obdarzy cię uśmiechem, już nigdy nie wypuszczaj go z rąk. Może się okazać, że owy anioł to twoja przyszła żona.
-Wygląda na to, że jestem ofiarą argentyńskiej mody.
-To jest nas dwoje. - Podciąga lekko nogawkę. Ma dwie różne skarpetki.
            Wiecie, co dobrego jest w ideałach? To, że nie istnieją. Zakochujemy się w równie krzywych duszach, zbudowanych na kruchym fundamencie z wad i zalet. Cechy, które kiedyś wydawały się nie do zniesienia, znajdują dom w naszym sercu i są tam bezpieczne. Nawlekamy kolejne dni na linię życia i kochamy bardziej.
            Mógłbym teraz jak głupi zaklinać się, że towarzyszyła mi jedynie ekscytacja, normalna przy poznaniu ciekawszego na pierwszy rzut oka człowieka. Mógłbym wmawiać sobie (co zresztą usilnie robiłem), że ładny uśmiech i roześmiane oczy to tylko ładny element zewnątrz. Mógłbym przekonywać siebie, że to wcale nie Ona.
            Ale to była Ona. Moja.
            Szkoda, że o tym zapomniałem.
            Opuściliśmy windę w nazbyt dobrych humorach, jak na kogoś, kto nie umie dobierać butów i skarpetek. Nawet nie znałem jej imienia, a słowo daję, że byłbym w stanie opowiedzieć jej teraz o wszystkim. Łącznie ze słoneczkiem z Teletubisiów.
            Na końcu korytarza natknęliśmy się na starszego faceta, pieczołowicie wymiatającego papierki spod stolika. Wskazał nam drogę do drzwi, za którymi rozgrywało się przesłuchanie. Nim odeszliśmy, zdążył zmierzyć nas wzrokiem i westchnąć z pobłażaniem. 
-Ale żeście się dobrali.
Wymieniamy ciepłe spojrzenia. Miał rację. Wtedy nie myśleliśmy jeszcze nad innym kontekstem jego słów.
Rada na przyszłość numer trzy: myśl. Byleby z sercem.


-Nie idziesz jeszcze? Zaraz występ.
-Nie umiem spojrzeć jej w oczy.
            To akurat jej nie zdziwiło. Usiadła koło niego, automatycznie podsuwając mu pod nos paczkę chipsów paprykowych. Pokręcił głową. Dziwny człowiek. Chipsy paprykowe są dobre na wszystko.
-Schrzaniłeś, mój drogi. Koncertowo – oświadczyła, a Facu tylko mruknął coś w odpowiedzi, jednak nawet nie próbował zaprzeczyć.
-Ty też robisz mnóstwo złych rzeczy.
-Niby jakich?
-Kazałaś mi kiedyś obciąć włosy, bo stwierdziłaś, że będę wyglądał nieziemsko. Kłamałaś.
-Nie, tu akurat nie. Naprawdę wyglądałeś, jakbyś się z kosmosu urwał.
            Siedzą przez chwilę w milczeniu. A potem zaczynają się śmiać, jakby wszystkie ich błędy były czymś szalenie zabawnym, a niedomówienia tylko potęgowały owy fakt. Przyjaciel nie jest maszyną do tworzenia miłych słów. Lata wspólnej szczerości zaprowadziły ich aż tutaj i mimo, że byli w fatalnym położeniu, wciąż mogli liczyć na własne towarzystwo.
-Idź do niego.
-Idź do niej.
-Boję się.
-Ja bardziej.
-Ty? Przecież niczego się nie boisz.
-Osobnik z grzywką do nieba i wyżej okazał się być nieobliczalny.
-No tak. Zamierzasz coś z tym zrobić?
-A ty?
-Nie wiem.
-Kto pierwszy, ten lepszy.
-Nie sądzę.
-Poważnie. Jeśli ty nie pójdziesz do Alby pierwszy, ja słowem nie odezwę się do Rugga i będziesz zmuszony utrzymywać mnie i moich dwadzieścia pięć kotów.
-Jesteś niemożliwa.
-Więc?
-…


Let's make it all for one and all for love 
Let the one you hold be the one you want 
The one you need 
'Cause when it's all for one it's one for all 
When there's someone that should know 
Then just let your feelings show 
And make it all for one and all for love


-Zaraz będzie.
-Alba…
-Zaraz przyjedzie. Mówię ci.

Wrócił po dziesięciu minutach. Wciąż tam stała. Z twarzą przylepioną do szyby i drobnymi łzami sączącymi się z przekrwawionych powiek. Powiedziała mu coś, co wiedzieli już oboje.
-Nie przyjechał.
Nie odpowiedział. Tylko ją przytulił.
Wtedy postanowił, że jak tylko spotka tego człowieka, uderzy go w dwa razy. Raz – bo skrzywdził Albę, dwa – bo za bardzo przypomina jego samego.
-Jesteś pijana.
-Może trochę. Co to zmienia?
-Powinnaś się położyć.
-Nie przyjechał…
-To idiota, zapomnij o nim.
-Zostaw mnie.
-Nie mogę.
-Dlaczego, Facu? Dlaczego teraz nie? To zabawne – śmiech przypominał bełkot, nogi ledwo trzymały się podłoża. – Cały czas to robiłeś. A ja bałam się powiedzieć ci, że cię kocham. Boże, jestem większą idiotką niż ty. Kocham cię. To takie żałośnie proste. Czemu wcześniej nie umiałam tego powiedzieć? Może skłamałbyś, że ty mnie też.
To był moment.
Usta przyległy za blisko, oddech przypadkowo musnął ciepłem obojczyk. Powietrze zadrżało, tak samo jak jej zimne dłonie, niezdarnie kreślące rysy jego twarzy – pierwszy raz nie w wyobraźni. Największym grzechem byłoby wypuszczenie jej teraz z ramion, spojrzenie światu w pobłażliwe oczy.
Nadzieja niechybnie zakręciła jej się w oczach, a mgła, która zawsze była gdzieś pomiędzy nimi, teraz jedynie spływała po jej lokach, miękkich w dotyku jak nigdy dotąd.
Los zupełnie bezmyślnie splótł ich dłonie, rzucił go w otchłań akwareli jej oczu. Nie wiedział, czy to łzy tak parzyły jego twarz, czy usta wiedzione koniecznością, nieśmiałym marzeniem, paroma słowami, które istniały, ale nigdy nie padły.
Tak czy siak, świat zatrzymał się na jej sinych powiekach, a dystans złożony z pięciu centymetrów, skurczył się do milimetrów.
I właśnie przekonał się, że można całować się pierwszy raz, mając za sobą setki pocałunków.
Nauczył się tego smaku na pamięć, czasem przyłapywał się na odtwarzaniu go przed snem. Znalazł się poza nadzieją, zdrowy rozsądek ustąpił pod presją jej światła – puścił i schował się gdzieś w kącie.
Parę lat uciekał donikąd, właściwie nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Nie powątpiewał w czystość swojego sumienia, żył zgodnie z rytmem kartek kalendarza. A teraz to wszystko rozpłynęło się w tafli jej zbłąkanych oczu.
Powiedział jeszcze „przepraszam”.


Człowiek zawsze zwleka.
Pada ofiarą własnych wątpliwości, niewielkie obawy przeobrażają się w strach.
Czeka na specjalny dzień, licząc, że Bóg rozwiąże wszystkie jego lęki i wskaże właściwą drogę.
Drogowskazów było jednak tyle, że sam się w nich zgubił. A przecież dobrze wiedział, gdzie chce iść. Tak naprawdę, gdziekolwiek się udał, zawsze na końcu czekała ona – z otwartymi ramionami, sercem, oczami, dobrym miejscem dla niego.
Ostatni koncert przed przerwą przebiegł w miłej atmosferze. Nie zabrakło uścisków i łez wzruszenia, kiedy ekipa oficjalnie pożegnała Rugga i życzyła mu powodzenia. Z widowni dochodziły przeróżne „ochy” i „achy”, hipnotyzujące spojrzenia dzieci, zachwyconych perspektywą spotkania swoich – najprawdopodobniej – pierwszych w życiu idoli.
I właśnie dzisiaj – wiedziony koniecznością i niecierpliwym biciem serca – wyszedł na środek, niepytany, zbierając za sobą pary zdziwionych oczu. Mógł poczekać, aż wszystko się skończy, pewnie. Ale, nie daj Boże, jeszcze znowu by się rozmyślił i do końca życia pozostał niekompletny. Póki starczyło mu odwagi, nabrał powietrza w płuca i zupełnie swobodnie wprowadził swój plan w życie.
-Chcę powiedzieć wam coś ważnego.
-Złaź ze sceny! Chcemy „Libre soy” Tini, frajerze!
-Sama jesteś frajer! – Wytyka język ośmioletniej dziewczynce i ignorując morderczy wzrok jej matki, kontynuuje. – To zajmie tylko chwilę. Oczywiście, mowa o słowach, bo to, co zamierzam zrobić, może trochę potrwać.
            Nie szuka jej spojrzenia w tłumie, ale wie, że na niego patrzy – tym samym ciepłym i zatroskanym wzrokiem, którym obdarzyła go już przy pierwszym spotkaniu. Cały się rozpływa. Nie widzi, a czuje. To chyba na pewno to. Już wie. W sumie, zawsze wiedział. Tylko nigdy nad tym nie myślał.
-Nie jestem nikim szczególnym. Nie mam dziesięciu Oscarów na koncie, aktor ze mnie marny, fryzjerzy ciągle wciskają mi kity i chyba nigdy nie przekroczę stu sześćdziesięciu centymetrów. Zaledwie trzy razy w życiu nie spóźniłem się na pociąg, już piąty rok zalegam z oddaniem książek do biblioteki, nie lubię waty cukrowej (Ona uważa, że to grzech), a kiedy miałem pięć lat, rozklejałem się na teletubisiach.
-I ubierasz się jak baba – dorzuca dziewczynka z widowni, wykrzywiając usta w bolesnym uśmiechu.
-Możesz mi nie przerywać? Dziękuję. Nie miałem pojęcia, że tyle o niej wiem. A wiem o niej dużo: ile łyżeczek cukru sypie do herbaty, gdzie najbardziej lubi spędzać czas (wcale nie chodzi o moje ramiona), jak chce nazwać swoje dzieci (razem wymyślaliśmy te imiona – teraz myślę sobie, że specjalnie mnie w to wrobiła). Jest moim domem. Całe życie jej szukałem, nawet o tym nie wiedząc. Myślę, że wie o kim mówię. Wiesz o tym, prawda?
Jeszcze nie umie się odwrócić. Mówi niezrażony, chociaż jest prawie pewien, że bicie serca zagłusza jakiekolwiek słowa.
-Przepraszam, że nie zauważyłem. Faceci są ślepi, panie coś o tym wiedzą. A ja, nie dość, że ślepy, to byłem jeszcze upośledzony. Człowiek potrafi przegapić wszystko, słowo. Nawet własne uczucie. Minąłem się z miłością, kompletnie nieświadom jej bytu, a teraz to jedyne, czym chce żyć. Z tobą – wykrztusił, coraz bardziej bezradny, ale przekonany, że dobrze robi. - I dlatego chcę powiedzieć ci, że cię koch… - Odwraca się, ale Alby za nim nie ma. - No i gdzie ona polazła? - Grupka przyjaciół posyła mu pocieszające uśmiechy, jedynie Samu dyskretnie wskazuje na drzwi wyjściowe. Teraz albo nigdy. – Wiecie co? Zapomnijcie o tym. – Alba zabiłaby go za takie słowa. Trzeba się poprawić. – Albo nie. Nie zapominajcie o tym, bo to niewykonalne. Wspominajcie mnie do końca waszych dni i na przyszłość nie wyznawajcie komuś miłości przed tłumem rozwrzeszczanej młodzieży. Dziękuję, życzę miłej zabawy.
-Nie zapomnij się zabezpieczyć! – Ta pyskata z pierwszego rzędu wyszczerza zęby w uśmiechu. Nauczyłby ją porządku, ale ma ważniejsze rzeczy do roboty.


Niebo było kompletnie bezbarwne.
Wyprute z gwiazd i wszystkich odcieni czerni.
Przypominało raczej otchłań, gotową wchłonąć go całego, wraz ze wszystkimi marzeniami i wspomnieniami, jakie musiał tu zostawić. Ponad wszystko kochał ten skrawek swojego życia, ponad wszystko wielbił tych ludzi, gdzie każdy był dziwny na swój sposób. Dałby się za nich pokroić o każdej porze dnia i nocy. Ale został jeszcze on sam, jego własne marzenia, które teraz wyciągały do niego niewidzialne dłonie.
Miał się unieść, a wciąż dotykał stopami gruntu. Coś wciąż tu go trzymało.
Coś, ktoś. To bez znaczenia.
-Dzisiaj nazwałam cię frajerem. Zanim cokolwiek powiesz, chciałabym, żebyś wiedział, iż frajer w języku czeskim, oznacza bardzo przystojnego mężczyznę. Za emocje i pozostałe przekleństwa nie odpowiadam. Mam prawo, jestem kobietą.
W tym samym momencie wzleciał o parę milimetrów. Niedużo, ale jednak. Z czułością i ulgą wypisaną na twarzy spojrzał w stronę drzwi wejściowych. Stała oparta o framugę, wciąż miała na sobie sukienkę z finałowego utworu. Rozplątała warkocz, zmyła makijaż, zdążyła połamać sobie paznokcie. Cała jego.
-Ja…
-Wiem, wiem, nie musisz mówić. Zakochałeś się we mnie. W sumie, to ci się nie dziwię. Też bym zapałała do siebie miłością. Nie bój się mi tego powiedzieć. Wiesz, w zasadzie miłość nie musi być tylko marnym wytworem mediów i nieosiągalnym skarbem w książkach. Równie dobrze może istnieć tu i teraz, między mną i tobą, dwójką całkiem przyzwoitych ludzi, którzy zabiją człowieka za paczkę chipsów paprykowych. No dobrze, to akurat ja. I jeszcze ci tego nie powiem, ale wiedz, że nie istnieje żadna inna osoba, która byłaby w stanie wytrzymać ze mną dłużej niż pięć minut. Nie proszę cię, żebyś dał mi czas, bo to tak nie działa. Proszę się, żebyś był taki, jak dawniej, a kiedyś to ode mnie usłyszysz. Obiecuję.
-Ja wiem, wiem. Powinienem zrobić to bardziej efektownie. Wjechać tu limuzyną, przylecieć helikopterem, sam nie wiem. Ale powinienem.
-Wcale nie. Anioły chodzą piechotą.
            Jest aniołem, idiotą, frajerem (wszystko jedno, w jakim znaczeniu) i błyskiem w oku. Jest pierwszą i ostatnią myślą po przebudzeniu. Jest granicami świata i obszarem poza nimi. Jest horyzontem. Jest każdym kawałkiem nieba. Jest jej prywatnym i jedynym aniołem.
-Dlaczego piechotą?
-Nie pamiętasz? Trochę późno się zjawiłeś. Dziwne, bo miałeś do dyspozycji samoloty, pociągi, taksówki… Statki kosmiczne pewnie też. A ty uparłeś się, że przydreptasz na własnych nogach i – choćby wycieńczony jak nigdy – dotrzesz do celu.
-To ostatnie brzmi trochę jak z GPS-u. Preferuję samoloty, ale nogi to też całkiem niezły wynalazek. Ostrzegam, że chodzę bardzo wolno.
-Gratulacje. Dotarłeś do celu – powtarza skomputeryzowanym głosem i nie pozwala mu odpowiedzieć. Wcale nie było chaotycznie. Nie bała się końca, a jej rozum nie kazał go odpychać i dzwonić na policję. Przystanął, skoncentrowany na ich twarzach – zlewających się w jedno, niczym dwa odcienie farby. Wszystko było na swoim miejscu.
Tak jak zawsze być powinno.


When it's love you make 
-I'll be the fire in our night- 
Then it's love you take 
-I will defend, I will fight-
I'll be there when you need me 
When honor's at stake 
This vow I will make


Rzuca nożyczki na łóżko, podsuwa jej tęczowy sweter pod nos.
-Proszę. Możesz go spalić.
-Ale…
-W porządku. Będę za nim tęsknić, bo wyglądałem w nim bardzo męsko i… Ej, nie śmiej się. Nie rozumiem, co cię tak bawi. Skoro ci on przeszkadza, bardzo proszę, zabij go. Jesteś ważniejsza. Najważniejsza. I zrobię wszystko, żebyś dała mi szansę. Tylko nie proś mnie o skok z balkonu, bo nie wiem, czy uda nam się zawrzeć związek, kiedy będę w zaświatach. Jak chcesz, mogę przytargać tu całą szafę, nie ma sprawy. Spal, co tylko zechcesz.
-Facu…
-Mówię serio. Przynieść ci nożyczki? Możesz go pociąć tu i teraz. Albo wiesz co? Lepiej go spal. Co z oczu to z serca, nie? Może mi przejdzie. Kiedyś. Czemu wtedy uciekłaś? To dziecko z pierwszego rzędu się ze mnie śmiało. Nie rozumiem, kto wpuszcza takie bezczelne małolaty na koncerty. Kocham cię. Powinni zrobić coś z tymi dziećmi, bo naprawdę…
-Czekaj, czekaj. Co ty powiedziałeś?
-Powiedziałem, że powinni uciąć tym małolatom języki, wstrętne dzieci. No i…
-Nie to. Wcześniej.
-Aha. Że cię kocham, ale to chyba oczywiste, nie? No więc uważam, że ograniczenia wiekowe byłyby tu jak najbardziej wskazane i… Ty płaczesz? Boże, co znowu zrobiłem nie tak? To przez ten sweter? Możesz się w niego wysmarkać, słowo. Tylko uważaj, to bardzo drogi materiał. Owcza wełna. Co się stało? Przeproszę cię, pewnie, tylko muszę wiedzieć, za co. Bo widzisz, dzisiaj jest ognisko, moglibyśmy wrzucić sweter w płomienie i…
-Możesz mnie teraz pocałować?
Zdębiał z swetrem w dłoniach. Następnie powoli podszedł do okna, cisnął tkaniną w dół, krzyknął „spal ten szajs, Tinka, nie przyjdę na ognisko, jestem zajęty!”, po czym zamknął okno i jak gdyby nigdy nic, klapnął obok Alby, nie dając jej już dojść do słowa.
-Teraz mogę.
Mogło paść jeszcze wiele słów, grzejących dłonie, ocieplających spojrzenia. Mimo to zatrzymali się na milczeniu, doskonale przekonani, że odbędą jeszcze milion rozmów, pokłócą się tysiące razy i tyle samo będą się godzić.
Wystarczy kochać.
Tylko tyle wiedzą.


Let's make it all, 
all for one and all for love...


 **

Kiedy byłem mały, nie wierzyłem w szczęśliwe zakończenia.
Dysponowały nimi jedynie żałosne bajki o księżniczkach, w których zakochane były moje młodsze kuzynki (wszystkie cztery).
Rysowałem księżniczki w zaciśniętej paszczy rekina, dyndające nad przepaścią, otoczone tłumem smoków. Zużyłem na to dziesięć opakowań kredek Bambino.
Któregoś dnia mama wyciągnęła mnie na festyn. Nie byłem tym zachwycony, szczególnie, że większość gadżetów na stoiskach przypominała wymiociny jednorożca.
Jedyną pozytywna rzeczą były balony. Oczywiście połowa z nich przedstawiała szczerbate uśmiechy księżniczek, ale starałem się tak bardzo tego nie komentować. Mama kupiła mi balon ze Scooby – Doo.
Kiedy szliśmy do wyjścia, minęliśmy zmizerniałą kobietę z jeszcze bardziej zmizerniałą córką.
Miała rude włosy. Balonik w kształcie syreny w lewej rączce. Nie uśmiechała się. Szczerze mówiąc, wyglądała, jakby zaraz miała wszystkich dookoła powyrzynać.
Przez chwilę pomyślałem, że czuje się tak, jak ja.
Niezrozumiana (jaki dorosły rozumie ośmiolatka?), zignorowana (jaki dorosły zwraca uwagę na ośmiolatka, który nie wkłada widelca do kontaktu i nie wsadza głowy między pręty balkonu?), samotna (jaki dorosły jest prawdziwym przyjacielem?).
Z miejsca ją polubiłem.
Wraz w powiewem wiatru, Arielka wysmyknęła jej się z rąk i poleciała prosto do nieba.
Ruda zacisnęła usta w podkówkę i płaczliwym wzrokiem podążyła za odlatującym balonikiem. Jej matka pokręciła głową z dezaprobatą, po czym zabroniła jej ryczeć na środku drogi i ostentacyjnie stwierdziła, że nie kupi jej następnego balonu.
Zrobiło mi się bardzo przykro. Wyrwałem dłoń z maminego uścisku i popędziłem prosto ku rudemu nieszczęściu. Wcisnąłem jej Scooby – Doo do ręki, mamrocząc coś w rodzaju „proszę”. Potem uciekłem i nie ośmieliłem spojrzeć się w jej stronę przez następne trzy minuty.
Dopiero później dostrzegłem dwa balony dryfujące po niebie, przedziwne stworzenia każde z innej bajki. Minęliśmy się jeszcze raz. Wskazała na balony i powiedziała:
-Już nigdy nie będą sami.
I się uśmiechnęła.
Kiedy byłem mały, zacząłem wierzyć w szczęśliwe zakończenia.


__________________________
Czerwony Tulipan - Jedyne co mam
The Beatles - All you need is love
Bryan Adams, Rod Steward & Sting - All for One, All for Love
__________________________



Wszystko, co uznaliście tu za tirenowanie, to tylko gra w scrabble. Nie mam w zwyczaju was demoralizować.
Pamiętacie trzydziestodwustronicowe „Bezustannie”? To jest jeszcze dłuższe. Pociesza mnie myśl, że ilość tekstu związana jest z dwoma wątkami i dlatego tak się rozlazła. Krótkie formy leżą i kwiczą. Historia bez ładu, składu i puenty, właściwie nie planowałam wcisnąć tu żadnego przesłania, nie szukajcie go. Ot jedna z wielu opowiastek. Można i tak.
W „Aniołach…” widniał między innymi tekst piosenki „Jedyne co mam” zespołu Czerwony Tulipan. Mam wielki sentyment do tego utworu. Po raz pierwszy usłyszałam go w wieku paru lat, kiedy rodzice zabrali mnie na pierwszy w moim życiu koncert. Czerwony Tulipan był pierwszą grupą, którą usłyszałam na żywo. Tak tylko powiem, że można posłuchać, bo piosenka piękna i łazi za mną przez kilkanaście lat. Pewnie szybko nie odpuści.
„Anioły…” pisałam przy piosenkach skrajnie różnych, co pewnie odbiło się na ich treści. Poważnie, „Miód malina”, „Broken” i „Nie płacz, Ewka” nie powinny być razem zestawiane. Nie róbcie tego. Nie powielajcie moich błędów.
Szablon (ZNOWU) uległ zmianie. Tamta sceneria nieco mnie przygnębiała (pewnie i tak do niej w końcu wrócę, jestem dziwna), a że jest lato zależało mi na cieplejszych kolorach (to samo tyczy się wyboru Cande, która ma piękne włosy – poprosiłam o Rugga, żeby nie czuła się samotna). Taka fanaberia artystyczna. Szablon wykonała StrayHeart z Zaczarowanych szablonów, której prace powinny dostać Nobla, Oscara, osobiste niebo.
Dodam jeszcze, że „Anioły…” zabiły moją psychikę i utwierdziły w przekonaniu, że o człowieku w swetrze nie da się pisać. To na górze to podsumowanie moich wciąż aktualnych wątpliwości o ucieczce resztek talentu. Wiem, że zawsze narzekam, chyba tak lubię, ale teraz naprawdę nie umiem doszukać się tu żadnych pozytywnych aspektów. Zaledwie drobiazgów. Ogólnie całość jest tak głęboka jak wzory na swetrze Bufona.
Moje końcowe przemowy są dłuższe od samej historii. Powinnam zostać pisarką podziękowań na ostatniej stronie książki.
Co do zakończenia. Zastanawiałam się, czy ich hajtnąć, ale wygląda na to, że jestem niewyżyta i musiałam. Wybaczcie, jeśli spodziewaliście się Bufona skaczącego z dwudziestego piętra. Możecie wymyślić sobie inne zakończenie. Bardziej krwawe, co tam, wyobraźnia jest dla ludzi.
Na zakończenie głębokiego jak wiadro woźnego Włodka (pozdrawiam go serdecznie) poematu, dodam jeszcze, że cieszę się wakacjami, mimo, że wciąż ich do końca nie czuję. Plus jest taki, że przeczytałam chyba więcej książek, niż w całym roku szkolnym. Oby lato za szybko nie uciekało, bo jakoś nieszczególnie śpieszy mi się do liceum. Trafiłam do klasy językowej, tyle wygrać. Perspektywa wymian uczniowskich jest całkiem fajna, może wreszcie wyślą mnie do Hiszpanii i zostawią mnie tam na zawsze. Co prawda najpierw przydzielono mnie na mat-fiz (HAHAHAHAHAHAHAHAHA nie). Bardzo to przeżyłam. Rodzina zamiast mnie pocieszać, najpierw mnie wyśmiała, po czym stwierdziła, że mam przestać ryczeć, więc się na nich obraziłam i poszłam szlochać za firanką. Odwołanie to jednak dobra rzecz.
Kończę i przytulam z całych sił.